Hej!
Wpadam z małą aktualizacją.
Zaczęłam pisać nowe opowiadanie - ze wszystkich, które rozpoczęłam przetrwało na razie tylko jedno, które pisze mi się w miarę sensownie i mam kilka gotowych rozdziałów. Nie jestem z niego w pełni zadowolona, ale przynajmniej pozwoliło mi na powrót do pisania po bardzo długiej przerwie. Mam nadzieję, że okaże się przełomowe i uda mi się opisać także inne historie, które mam w głowie, na razie bez ładu i składu.
Stety, albo nie opowiadanie jest o relacjach męsko-męskich...
Jeżeli ktoś miałby ochotę przeczytać zapraszam tutaj
Buziaki! :*
czwartek, 6 grudnia 2018
poniedziałek, 19 lutego 2018
Nasze drugie życie: Rozdział 1
Okay, po długiej nieobecności możliwe, że wracam z nowym opowiadaniem. Możliwe, bo nie wiem co i czy cokolwiek z tego wyjdzie. Nie obiecuję, że nowy rozdział pojawi się szybko i że w ogóle się pojawi, bo chociaż mam w głowie ogólny zarys, to nie mam do końca pomysłu na to opowiadanie. Nie pisałam też niczego przez kilka lat, więc trochę wypadłam z rytmu i nie wiem czy w ogóle jest sens dalej to kontynuować... Na razie nie zakładam nowego bloga na to opowiadanie, tylko będę (o ile napiszą się jakoś kolejne rozdziały) publikowała je tutaj.
Miłego (mam nadzieję ^_<) czytania! ♥
*
~ NASZE DRUGIE ŻYCIE ~
Rozdział 1
Ze zniecierpliwieniem przestępowała z nogi na nogę, rozglądając się uważnie na boki. W powietrzu unosił się zapach świeżych kwiatów. Czekała na kogoś, lecz nie wiedziała na kogo. Czuła silną tęsknotę i podekscytowanie. Jej serce łomotało w piersi. Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się w ogrodzie, nie była jednak w stanie dostrzec szczegółów krajobrazu.
Poczuła czyjś dotyk na swojej ręce. Ogarnęło ją silne pragnienie przytulenia i pocałowania mężczyzny, który trzymał ją za dłoń. Choć wiedziała, że stoi przy niej, trzyma ją za rękę i pragnie tego samego, co ona nie mogła dostrzec ani jego twarzy ani też nie mogła pokierować biegiem wydarzeń, zgodnie ze swoją wolą. Skoncentrowała myśli na pragnieniu znalezienia się w czułych objęciach mężczyzny, całowania go do utraty tchu. Czuła miłość płynącą od niego. Wiedziała, że kocha ją całym sercem. I ona kochała jego. Ciepło rozlewało się od jej serca na cały organizm i wylewało na ogród, który nie posiadał żadnej głębi. Był tylko kawałek trawy, murku, zapach świeżych kwiatów i ciemność roztaczająca się wokół.
Krajobraz nagle się zmienił. Pojawił się urokliwy strumień. Stała obok mężczyzny i wpatrywała się w płynącą wolnym tempem wodę, słuchając tego, co do niej mówił. Choć rozumiała wypowiadane przez niego słowa, nie była zdolna do ich przetworzenia i zrozumienia ich sensu. Z jej oczu zaczęły wypływać łzy. Poczuła, że mężczyzna jest w niebezpieczeństwie. Zawładnęło nią bardzo silne pragnienie zatrzymania go w swoich ramionach. Przekonania do zmiany zdania. Jej umysłem całkowicie zawładnęła chęć pozostania jak najdłużej w marzeniach sennych, z tym mężczyzną, który kochał ją ponad życie i ona jego. Groziło mu niebezpieczeństwo, a ona nie mogła dopuścić do tego, aby stała mu się jakakolwiek krzywda. Nawet jeżeli była świadoma, że to tylko sen. Kochała go w końcu całym swoim sercem.
Sen zaczął robić się coraz mniej wyraźny. Wszystko wokół zniknęło. Pozostała ciemność, a gdzieś wśród niej znajdował się rozmyty obraz mężczyzny, który starała się usilnie przywołać. Bez skutku.
* * *
Słysząc dźwięk przychodzącej wiadomości, blondynka otworzyła powoli powieki, jednocześnie wyciągając telefon z kieszeni czarnego żakietu. Spojrzała na wyświetlacz, na którym widniała wiadomość od Timo: „Wypadło mi spotkanie z klientem. Nie czekaj na mnie. Wrócę późno”. Na jej ustach pojawił się grymas niezadowolenia.
- Świetnie – mruknęła pod nosem odpisując mu krótkie „ok”. – Wprost cudownie.
Czuła jak wzbiera w niej złość, której towarzyszyło uczucie smutku. Była zmęczona, głodna, rozdrażniona, bolały ją nogi, a na dodatek teraz do jej oczu cisnęły się łzy. Zamrugała kilkakrotnie powiekami i gwałtownie podniosła się z siedzenia. Podeszła do przesuwnych drzwi metra, akurat w momencie, gdy pociąg zatrzymał się na stacji. Drzwi rozsunęły się z cichym szelestem. Wysiadła z wagonu i skierowała się w stronę przypadkowego wyjścia. Nie znała okolicy, ale miała nadzieję, że po wyjściu ze stacji metra znajdzie jakąś restaurację, bar, a nawet kawiarnię, w której będzie mogła coś zjeść. Czuła jak jej żołądek boleśnie się ściskał, czemu towarzyszyło głośne burczenie. Zacisnęła dłoń na brzuchu starając się stłumić nieprzyjemny odgłos.
Od wczorajszego wieczora nie miała nic w ustach, a dobiegała już dziewiąta wieczorem. Rano nie zdążyła zjeść śniadania, bo zaspała do pracy. W pracy nie miała z kolei nawet chwili wytchnienia, żeby iść na przerwę i chociaż przegryźć coś na szybko. Musiała zostać dłużej, więc gdy w końcu skończyła swoją zmianę okazało się, że musi pędzić na spotkanie z Timo, żeby nie czekał na nią zbyt długo. Nie zdążyła go nawet poinformować o tym, że się spóźni kilka minut. Nie spodziewała się jednak, że Timo odwoła ich spotkanie pięć minut przed.
Zaklęła w duchu widząc przed sobą dziesiątki schodów. Nie miała siły, żeby się po nich wspinać. Rozejrzała się za windą albo ruchomymi schodami, ale zgodnie ze wskazówkami zawartymi na mapie stacji musiałaby się cofnąć do wyjścia oddalonego o kilkadziesiąt metrów. Nienawidziła kiedy dzień zaczynał się źle, bo zazwyczaj później było tylko gorzej. Jeżeli jakieś prawo miałoby opisać jej życie, byłoby to z pewnością prawo Murphy’ego.
Z grymasem niezadowolenia wymalowanym na twarzy zaczęła wspinać się po schodach, modląc się w duchu, żeby znalazła w pobliżu jakiś lokal gastronomiczny. Mogła przejechać te cztery stacje i iść do restauracji, w której była umówiona z Timo, nim ten w ostatniej chwili odwołał randkę. Wiedziała, że nie powinna być na niego zła o spotkanie z klientem, bo robił to dla dobra ich obojga, ani tym bardziej smucić się z tego powodu. Nie była jednak w stanie zapanować nad swoimi emocjami, które od kilku tygodni były rozchwiane do granic możliwości. Musiała włożyć wiele wysiłku w to, aby nie rozpłakać się nagle, bez powodu, albo nie zacząć krzyczeć jak wariatka. Przez myśl przemknęło jej, że być może powinna skonsultować się ze specjalistą.
Kiedy pokonała ostatni schodek jej oczom ukazała się pusta ulica, którą otaczały ze wszystkich stron stare kamienice. Rozejrzała się uważnie, ale nie dostrzegła nawet sklepu spożywczego. Oparła się o murek. Wyciągnęła z kieszeni żakietu telefon i sprawdziła lokalizację najbliższego lokalu gastronomicznego. Nie chciała błądzić na oślep po okolicy w poszukiwaniu miejsca, w którym mogłaby spożyć posiłek. Podążyła w kierunku, który wskazała jej mapa. Wegańska restauracja mieściła się około czterystu metrów od wyjścia stacji metra, przy którym aktualnie się znajdowała.
Każdy krok, który stawiała był dla niej bolesny. W takich chwilach wyobrażała sobie, że jest syreną i w zamian za nogi odczuwa ból podczas chodzenia. Oczywiście syreną nie była, ale ta myśl w jakiś niewytłumaczalny sposób pomagała jej pokonywać kolejne kroki i podtrzymywała ją na duchu. Chciała wyglądać ładnie dla Timo, więc służbowe szpilki zamiast zamienić na wygodne adidasy, zamieniła na jeszcze wyższe szpilki, czego teraz żałowała z każdym pokonywanym krokiem.
Kilka minut później i kilkadziesiąt metrów dalej przebytych w męczarniach dostrzegła ciemnoszary szyld z białymi literami układającymi się w nazwę restauracji. Odetchnęła z ulgą, przekraczając próg budynku. Uniosła jedną brew ze zdumienia widząc, że lokal jest wypełniony po brzegi, na co absolutnie nie wskazywała okolica. Kątem oka nie dostrzegła ani jednego wolnego miejsca. Najwyraźniej restauracja była jedną z tych modnych miejscówek, do których zjeżdżali się ludzie z całego miasta. Niezrażona tym podeszła do lady i zamówiła sałatkę z kaszą i grillowanym tofu oraz szklankę świeżo wyciskanego soku pomarańczowego. Zapłaciła za jedzenie, które po kilku minutach podała jej młoda dziewczyna z obsługi. Odebrała od niej tacę i rozejrzała się po zatłoczonym wnętrzu restauracji. Dostrzegając parę, która właśnie zbierała się do wyjścia, udała się w ich kierunku. Położyła na grubym, dębowym blacie tacę, odłożyła na bok naczynia zostawione przez poprzedników i usiadła wygodnie na wysokim hokerze. Blat był ustawiony równolegle do wielkiego okna, dzięki czemu miała dobry widok na ulicę, którą od czasu do czasu przejechał jakiś samochód.
Upiła kilka łyków soku pomarańczowego, po czym rozmasowała skronie. Czując nadchodzący ból głowy zaczęła żałować, że zdecydowała się na samotny posiłek w głośnym lokalu, zamiast jedzenia na wynos, ciepłego koca i ulubionego vloga. Jej mieszkanie znajdowało się jednak półtorej godziny drogi metrem od miejsca, w którym aktualnie była. Nawet przejazd taksówką zająłby jej co najmniej pół godziny. A ona nie miała na to siły. Musiała w końcu coś zjeść, żeby odzyskać choć część energii.
Włożyła do uszu słuchawki i włączyła audiobooka. Jeżeli nie miała czasu albo była zbyt zmęczona na czytanie to starała się chociaż posłuchać audiobooka przez kilka minut dziennie. Jedząc sałatkę ze znienawidzoną, ale zdrową, kaszą próbowała skoncentrować swoje myśli na głosie lektora i przekazywanej przez niego treści. Te jednak uparcie wracały do wydarzeń z jej snów i mężczyzn, którzy byli zazwyczaj ich bohaterami. Odkąd pamiętała miała nad wyraz realne sny, w których często pojawiały się powiązane ze sobą wydarzenia. Zazwyczaj były przyjemne, więc nie przywiązywała do nich zbyt wielkiej uwagi, szybko o nich zapominając. W gorszych okresach życia, wręcz ich wyczekiwała. Były swoistą odskocznią od rzeczywistości. Pozwalały jej się zrelaksować, wstać rano z uśmiechem na ustach i nową energią do działania. Kilka tygodni temu wszystko się jednak zmieniło. Sny nie były już tylko przyjemne, lecz zaczęły pojawiać się w nich również inne – często smutne lub straszne – zdarzenia i emocje. Ich częstotliwość znacznie się zwiększyła, choć nie było ku temu wyraźnego powodu. Początkowo zganiała to na stres związany z pracą i awansem, który niedawno otrzymała, ale zaczęła sobie uświadamiać, że uporczywe sny stresują ją znacznie bardziej niż obowiązki służbowe. Kiedy się budziła miała wrażenie, jakby w nocy prowadziła zupełnie inne życie. I choć w snach wszystko wydawało się być jasne i układać w spójną całość, to po przebudzeniu część wydarzeń i osób, która się w nich pojawiała była nieostra, zamazana. W snach bez trudu potrafiła rozpoznać mężczyzn, którzy ją odwiedzali, ludzi, którymi się otaczała, a także miejsca, które odwiedzała i wszystko powiązać w jedną całość. Po przebudzeniu nie była jednak w stanie przypomnieć sobie szczegółów czy nawet imion lub nazw pojawiających się w jej snach, ale za to pozostawały emocje i mgliste wyobrażenie tego, co działo się w nocy, a także ogromne zmęczenie. Nie była pewna czy sny bardziej ją intrygowały czy przerażały. Wiedziała tylko, że nie chce, aby miały one jakikolwiek wpływ na jej realne życie. Starała się o nich nie rozmyślać, bo obawiała się, że im bardziej i częściej zacznie myśleć o wydarzeniach ze snów tym będą one intensywniej powracały.
************
I jak? Da jakoś radę?
piątek, 1 września 2017
czwartek, 20 sierpnia 2015
Rozdział 30 (część I)
Przepraszam, że tak długo kazałam czekać na nowy rozdział i w dodatku dodaję tylko połowę, ale jeżeli tak nie dodam to chyba nigdy niczego nie wstawię OTL Chyba wypadłam z wprawy, bo pisanie idzie mi jak krew z nosa...
No nic. Mam nadzieję, że pierwsza część rozdziału 30 się spodoba. Nad drugą częścią rozdziału 30 pracuję ^_^
Jeszcze raz przepraszam ♥
ROZDZIAŁ 30 (część I)
Georg Listing siedział na podłodze.
Plecy miał oparte o szafki kuchenne. Był tak zaabsorbowany swoimi ponurymi
myślami, że zdawał się zupełnie nie zauważać bólu jaki sprawiały mu wrzynające
się w nagą skórę kanciaste, metalowe uchwyty meblowe. Wpatrywał się przed
siebie tępo, zastanawiając się co powinien uczynić. Wiedział, że tym razem
przesadził. Kwiaty albo ładny, złoty łańcuszek nie mogły załatwić sprawy po
tym, co zrobił. Swoim zachowaniem zranił Leonie. Zranił ją tak bardzo, że sam
będąc na jej miejscu nigdy by sobie nie wybaczył. Co też strzeliło mu do
głowy?! Nigdy, przenigdy nie powinien pozwolić, aby pożądanie wzięło górę nad
zdrowym rozsądkiem. Doskonale znał Leonie, więc wiedział, że czyn, którego się
dopuścił przekreślił ich dwuletni związek. Był pewien, że kobieta nie będzie
chciała go widzieć po tym, co zrobił. Nie mógł mieć do niej jednak o to żalu
ani pretensji. Rozumiał co zrobił źle i choć wiedział, że to niczego nie
zmienia – cieszył się, że nie wziął jej siłą. Gdyby jednak w ostatnim momencie
nie zauważył płynących po jej policzkach łez, nie mógłby się powstrzymać. A
wtedy jego czyn absolutnie nie znalazłby żadnego usprawiedliwienia. Czy jednak
to, co zrobił jest aż tak inne od czynu jakie określane jest przez słowo
rozpoczynające się na literę „G”, które teraz natrętnie napływało do jego
umysłu. Owo słowo na „G” najlepiej określało czyn jakiego się niemalże
dopuścił, jednakże teraz za wszelką cenę Georg starał się je usunąć ze swojego
słownika, zamykając je w najgłębszych zakamarkach umysłu.
Było mu wstyd przez to, co zrobił.
Przecież kochał Leonie. Jeżeli jego piękna, ukochana Leonie nie miała ochoty na
seks, on nie powinien jej absolutnie do tego zmuszać. Nawet jeżeli był zdrowym,
młodym mężczyzną, który powinien korzystać z życia, to przecież mógł załatwić
sprawę w ciągu kilku minut w łazience. Kochał Leonie, a miłość to coś więcej
niż pożądanie i seks. I choć w głowie pojawiało mu się wiele wymówek dla
swojego zachowania, to nie chciał się usprawiedliwiać. Nawet przed samym sobą.
Zachowanie Leonie nie powinno stanowić usprawiedliwienia dla okropnego czynu,
którego się niemalże dopuścił.
-
Co mam zrobić? – spytał się szeptem.
Przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę,
przerywaną jedynie tykaniem zegara, tak jakby spodziewał się usłyszeć odpowiedź
na swoje pytanie. Odpowiedź jednak nie nadchodziła.
Może powinien przygotować kolację
dla Leonie, jak wróci z pracy? Uśmiechnął się na samą myśl o kolacji we dwójkę
przy świecach, ale zaraz delikatny uśmiech znikł z jego ust. Nie był pewien czy
Leonie wróci do domu. Obawiał się, że kobieta może nie wrócić na noc, dając mu
do zrozumienia, że nie ma zamiaru go widzieć.
Może powinien pojechać do biura
Leonie z wielkim bukietem kwiatów i błagać na kolanach o przebaczenie? Pokręcił
głową przecząco. Leonie nienawidziła kiedy przychodził do niej do pracy. Jego
pojawienie się w kancelarii rozwścieczyłoby ją jeszcze bardziej. A to nie było
jego celem.
Może powinien porozmawiać z nią na
neutralnym gruncie? Mógłby wynająć restaurację tylko dla nich dwojga… Wydawało
mu się to dobrym pomysłem, ale obawiał się, że Leonie nie przyjdzie z własnej
woli do restauracji, żeby się z nim spotkać.
A jeśliby wynajął w całym Berlinie billboardy
z wiadomością, że błaga Leonie o przebaczenie?
Roztrzepał włosy, tak, że teraz sterczały na wszystkie strony.
Leonie nie lubiła kiedy afiszowali się z ich związkiem. Niechętnie musiał
przyznać, że nawet pomimo bycia ze sobą przez dwa lata, nie poznał ani jej
rodziny ani nawet jej przyjaciół. Czasami prosił ją, żeby przedstawiła mu
swoich rodziców albo znajomych, ale Leonie wciąż powtarzała „później”. Owo
później jednak nie nadeszło do tej pory. Teraz dodatkowo przekreślił szansę na
to, aby kiedykolwiek nastąpiło.
Być może powinien oświadczyć się Leonie kilka miesięcy temu? Być może
teraz byliby już po ślubie. Razem, szczęśliwi?
Westchnął ciężko. Nie lubił gdybać, ale teraz do jego umysłu napływały
wszystkie wspomnienia związane z Leonie. Przed oczami pojawiały mu się
szczęśliwe chwile, które spędzili razem w ciągu tych dwóch, wspaniałych lat. I
choć od pewnego czasu coś psuło się w ich związku, to postanowił to
ignorować. W obawie, że Leonie może od niego odejść posłusznie zgadzał się na
wszystko, czego pragnęła kobieta. Z uśmiechem na ustach przestrzegał reguł gry,
które ustaliła, nawet jeżeli się z nimi nie zgadzał i ingerowały w jego
wolność. Wierzył, że taka właśnie jest miłość. Trzeba iść na kompromisy. Dlatego
nie protestował nawet wtedy, kiedy zabroniła mu spotykać się z przyjaciółmi i
ciągle zwracała mu uwagę, żeby nie oglądał się za żadnymi innymi kobietami. Nie
wspominając nawet o koncertach jazzowych i słuchaniu jazzu w domu przez
długie godziny.
Podniósł się wolno z podłogi. Odruchowo otrzepał nagie pośladki i
podszedł do stolika kawowego, na którym leżał jego telefon. Chciał zadzwonić do
Leonie i poprosić ją chociaż o rozmowę. Już miał nacisnąć „Leonie”, kiedy na
wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Gustava ubranego w czarny płaszcz z
lakierowanej skóry. Skrzywił się z niezadowoleniem. Przyjaciel musiał dzwonić
akurat w tej chwili. Co za wyczucie czasu.
-
Co chcesz? – warknął do telefonu.
-
Georg? Coś ty taki zły? Leonie znowu każde ci
słuchać tego jej jazzu?
-
Nie… Leonie nie ma teraz w domu.
Georg nie chciał tłumaczyć Gustavowi, co się wydarzyło niespełna godzinę
temu i jak wielkim jest idiotą.
-
Naprawdę?! – Gustav zawołał tak głośno, że Georg
musiał odsunąć telefon od ucha. – Super! W takim razie otwórz mi drzwi! Już
prawie jestem.
Georg pokręcił głową z niedowierzaniem. W tej chwili ostatnią rzeczą
jakiej pragnął, były spotkania towarzyskie. Pomimo tego rozłączył się i poszedł
do drzwi, aby otworzyć je przyjacielowi.
-
Coś ty taki roznegliżowany? – Gustav spytał,
kiedy zobaczył w drzwiach nagiego przyjaciela. – Oglądasz pornosy? Nie
przeszkadzam?
Nie czekając na odpowiedź Georga, Gustav wyminął go w drzwiach i poszedł
do kuchni. Otworzył lodówkę i pokręcił głową z dezaprobatą.
-
Nie masz piwa?
-
Nie. Wiesz, że Leonie nie lubi jak piję.
-
Bez przesady stary. Kilka browarów to nic
takiego.
Georg westchnął ciężko, zakładając na siebie spodnie, które leżały na
kanapie. Nie zamierzał paradować nago przed Gustavem.
- Wiesz jaka jest Leonie. Dla niej kilka browarów
to już prawie alkoholizm. Napiłbym się jakiegoś drinka...
-
Poważnie?! – Gustav uśmiechnął się szeroko. – W
takim razie poczekaj chwilę. Skoczę do sklepu po coś mocniejszego. Też się
chętnie napiję! W końcu mam trochę spokoju! To trzeba świętować!
Georg spojrzał na Gustava nic nie rozumiejącym wzrokiem, ale nie domagał
się wyjaśnień. Skinął tylko potakująco głową. Może to dobrze, że przyjechał
Gustav? Od jednego drinka nic mu nie będzie, a być może w ten sposób rozluźni
się choć trochę po tym, co się wydarzyło rano. Być może po rozmowie z Gustavem
uda mu się wpaść na jakiś genialny pomysł, żeby odzyskać Leonie. Bo co do tego,
że ją stracił nie miał najmniejszych wątpliwości.
Słysząc kilkanaście minut później
dzwonek do drzwi, poszedł wpuścić do domu Gustava.
- Jestem! – blondyn zawołał, przekraczając próg
mieszkania. Wziął głęboki oddech. – Muszę zacząć ćwiczyć, bo jestem coś słaby
ostatnio. Geo nie masz ochoty iść na siłkę?
Gustav nie czekając na odpowiedź Georga poszedł do zabudowy kuchennej
i wyciągnął z jednej z szafek dwie szklanki. Nalał do nich whisky.
-
Przed chwilą odwiozłem Inge na lotnisko.
Myślałem, że się od niej nie uwolnię!
-
Inge gdzieś poleciała?
Perkusista skinął potakująco głową.
- Pracuje nad jakimś projektem w Korei, czy coś
takiego. Stary, mówię ci. Ona jest nimfomanką. Nie starcza mi przy niej sił...
-
Ciesz się – Georg powiedział smutno. – Już nie
pamiętam kiedy uprawiałem seks z Leonie.
Sięgnął po szklankę z whisky i wypił alkohol jednym haustem.
- Nie mów! Myślałem, że wy takie dwa gołąbeczki.
Tylko w domu siedzicie. Leonie ledwo pozwala ci się z nami spotkać od czasu do
czasu.
Georg wypił kolejną porcję alkoholu, po czym ukrył twarz w dłoniach.
Chciał powiedzieć Gustavowi, że dzisiaj jest w rozsypce, ale z drugiej strony
nie chciał opowiadać mu o tym, co zrobił. Wstydził się tak bardzo swojego
czynu, że pragnął o nim zapomnieć jak najszybciej.
-
Geo! Co ci jest?! Stało się coś? Coś ty taki
podłamany?
-
Nic się nie stało. Pokłóciłem się rano trochę z
Leonie – otworzył szeroko oczy, kiedy dotarł do niego sens słów, które
wypowiedział. Przecież nie miał ochoty żalić się Gustavowi!
-
Znowu na ciebie nawrzeszczała, że oglądasz się
za jakimiś młodymi dupeczkami?
-
Nie. Zresztą nie rozmawiajmy o tym – machnął
niedbale dłonią.
Wziął do ręki szklaneczkę, którą Gustav uzupełnił alkoholem i poszedł do
salonu. Rozsiadł się wygodnie na kanapie i włączył telewizor.
-
Powiedz lepiej jak ci się układa z Inge. Nie
było z wami przez bity tydzień kontaktu.
Gustav wzruszył obojętnie ramionami, rozsiadając się na skórzanym fotelu.
-
Inge jak to Inge. Jej tylko w głowie seks. Przez
ten tydzień tylko się pieprzyliśmy jak króliki. Nie chciała mnie wypuścić z
sypialni! Nie uwierzysz stary, ale zrobiły mi się przez nią zakwasy i kręgosłup
mnie boli jak szalony!
Georg nie zdążył nic odpowiedzieć Gustavowi, ponieważ w mieszkaniu
rozległ się dźwięk świadczący o tym, że ma kolejnego gościa. Georg przewrócił
oczami i niechętnie podniósł się z kanapy. Widząc na ekranie wiedodomofonu
Toma, bez słowa nacisnął przycisk otwierający drzwi.
Tom wkroczył do pomieszczenia pewnym krokiem i skierował się do salonu
Georga.
-
O! Gustav! – zawołał ze zdumieniem widząc
perkusistę siedzącego wygodnie na fotelu i popijającego whisky. – Skąd się tu
wziąłeś? Myślałem, że Inge dalej cię męczy w sypialni!
-
Przed chwilą odwiozłem ją na lotnisko. Pojechała
do Korei realizować jakiś projekt czy coś takiego. Widzę, że wróciłeś cały.
Gdzie Rosie? Nikola odchodziła przez ciebie od zmysłów.
-
Wiem – Tom powiedział smętnie, rozsiadając się
na kanapie. – Na razie zostawiłem Rosie z Nikolą, ale nie odpuszczę tak łatwo.
Dam jej trochę odsapnąć po tym wszystkim i później do niej pojadę.
-
Powinieneś dać sobie z nią spokój. Tom z tego
nic nie będzie.
Kaulitz spojrzał na Georga z niedowierzaniem.
-
I mówi to największy pantoflarz jakiego znam?
Daj spokój Geo. A tak w ogóle, co wy tak od samego rana sączycie alkohol?
Leonie nie będzie wściekła jak wróci z pracy?
-
Geo pokłócił się z Leonie.
-
Co jej tym razem nie pasowało? Znowu strzeliłeś
sobie browarka przed snem? – Tom spytał, widząc na stole dwie puszki po piwie.
-
Nie. Tym razem to moja wina. To moja wina, że
skrzywdziłem Leonie.
-
Co ty opowiadasz za brednie? Ty byś jej nawet
złego słowa nie powiedział.
Georg słysząc słowa Toma, ukrył twarz w dłoniach. Było mu cholernie wstyd
tego, co zrobił, ale być może powinien powiedzieć Gustavowi i Tomowi o tym, co
się stało rano? Być może coś mu poradzą?
Sięgnął po szklaneczkę z alkoholem i wypił go haustem. Gustav cały czas
dbał o to, żeby jego szklaneczka była pełna. Przed Tomem również postawił
szklankę i wypełnił ją whisky, nawet pomimo protestów Kaulitza.
Georg przez chwilę zbierał myśli, po czym opowiedział w skrócie co się
stało rankiem.
- Nie wierzę! Poważnie?! – Tom klasnął w dłonie,
tak jakby bawiła go opowieść Georga. Kiedy basista skinął potakująco głową,
dodał: - No to naprawdę jesteś skończonym dupkiem, stary.
Tom poklepał pocieszająco Georga po plecach, podsuwając mu pod nos
szklankę z whisky.
-
Co ja mam teraz zrobić? Leonie nie będzie
chciała mnie znać.
-
Odpuść ją sobie – Tom wzruszył obojętnie
ramionami. – Nigdy do siebie nie pasowaliście.
-
Hipokryta.
-
Czemu? Mówię jak jest.
-
Sam nie chcesz zostawić Nikoli, a mnie każesz
zostawić Leonie.
-
Nie spinaj się tak. Wiesz, że Nikola jest moją
bratnią duszą – uśmiechnął się do przyjaciela. – Ale wiesz co mnie bardziej
martwi niż to, co zrobiłeś? – Georg pokręcił przecząco głową. – Dlaczego nie
chciała z tobą uprawiać seksu? Przecież seks jest waży w związku!
-
Właśnie! Nie rozumiem Leonie! Ciągle daje ci
jakieś dziwne ograniczenia albo robi awantury z niczego – odezwał się Gustav.
-
Nie pozwalajcie sobie! – obruszył się Georg. –
Nie mówcie źle o mojej pięknej Leonie!
-
Stary, a może ona cię zdradza i dlatego nie chce
uprawiać z tobą seksu? Może ma jakiegoś fagasa i tylko szuka wymówki, żeby cię
zostawić?
środa, 22 lipca 2015
?!?!?!?!?!?!?!?!
Oglądałam sobie grzecznie na YT THTV, żeby zainspirować się do napisania kolejnego odcinka i....
Nie wierzę..................................... o.O
Gu....
Gu....
Gustav jest żonaty...?!
I ja nic o tym nie wiem?! o.O
Mindfuck.
A Bill i Tom piszą o sobie opowiadanie (książkę?!)....
Aż się boję pomyśleć o czym jeszcze nie wiem... xD
(Na razie jestem na etapie czytania poprzednich odcinków, żeby przypomnieć sobie o czym pisałam - to tak w ramach aktualizacji postępów...)
wtorek, 2 grudnia 2014
sobota, 4 października 2014
Tajlandia 2014 [Part 1]
Tak jak obiecałam - wrzucam zdjęcia z Tajlandii ^_^
Byłam tylko w Bangkoku i Pattaya.
Dzisiaj je trochę przejrzałam i prawdę pisząc myślałam, że mam więcej zdjęć, na których widać coś więcej... o.O Okazuje się, że jednak nie... (~_~;)
Przepraszam za ich jakość i całkowitą "przypadkowość" (~_~;)
Ten kot był piękny~!! Miałam duuużo lepsze zdjęcie, ale chyba je usunęłam T.T
cdn.
A na koniec Bill i Pumbi~~ kkkk
wtorek, 30 września 2014
Tokio Hotel comeback o.O
%^$^%&&*^&*^*^^&*^&*^%&^%
Właśnie obejrzałam nowe teledyski TH i... brak mi słów.
Już dawno nie byłam rozczarowana TAK BARDZO!! NICZYM.
Teledysk do Love who loves you back... o.O ?!
Naprawdę brak mi słów...
P.S. O zdjęciach pamiętam, ale nie miałam jeszcze czasu, żeby je nawet zobaczyć... Postaram się dodać kilka w przyszłym tygodniu. Myślałam, że uda mi się coś dodać na bieżąco, ale nie miałam Internetu przez pół wyjazdu, a przez drugie pół miałam wysoką gorączkę... (~_~;)
Właśnie obejrzałam nowe teledyski TH i... brak mi słów.
Już dawno nie byłam rozczarowana TAK BARDZO!! NICZYM.
Teledysk do Love who loves you back... o.O ?!
Naprawdę brak mi słów...
środa, 13 sierpnia 2014
TH comeback?
Woah~! Nigdy nie sądziłam, że będę taka podekscytowana na samą myśl o nowym albumie Tokio Hotel >____<
Mam nadzieję, że wydadzą go już wkrótce~~~
I pojadą w wieeeelką trasę koncertową,
i zahaczą o Polskę i w końcu będę mogła ich zobaczyć na żywo~~ >_<
Po tylu latach pisania o nich opka... \(^^)/ lol
czwartek, 3 lipca 2014
Część II: Rozdział 29
Dziękuję Wam, za to, że jeszcze tutaj zaglądacie ^_^ Kolejny odcinek pojawi się na 10000000000000% ale nie wiem kiedy ToT Mam ochotę napisać coś, ale nie mam czasu ToT
Jeszcze raz dziękuję i zapraszam na Rozdział 29 ^_^
ROZDZIAŁ 29
Mary Ann naciągnęła kołdrę na głowę. Przez chwilę wierciła się, szukając wygodnej pozycji. Gdy ją wreszcie znalazła, wymruczała coś niezrozumiałego. Włożyła dłoń pod sweter Billa i zaczęła na przemian głaskać i delikatnie drapać jego tors. Pozycja w jakiej się znajdowała tylko wzmagała jej cierpienie, jednak zamiast położyć się na plecach, przytuliła się mocniej do Billa. Przyjemne uczucie jakie temu towarzyszyło, działało na nią jak środek uspokajający i przeciwbólowy. Oparła wygodnie głowę o klatkę piersiową męża i rozkoszowała się jego zapachem. Próbowała jeszcze choć przez krótki moment pozostać w krainie marzeń sennych. Była zmęczona nie tylko ciągłym brakiem snu, ale także nieznośnym bólem. Dobiegający do jej uszu podniesiony głos, skutecznie jednak jej to uniemożliwiał.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Jak ty w ogóle do mnie mówisz?! – rozpoznała wściekły głos mamy.
- Proszę się uspokoić i go stąd zabrać – Bill odpowiedział jej spokojnie, jednak Mary Ann dopiero teraz zauważyła szybkie bicie jego serca, świadczące o tym, że wcale nie jest taki spokojny jak sugerował to jego głos.
- Chyba żartujesz! Adam przyszedł tutaj z dobrego serca!
- Mary Ann w tej chwili śpi. Powinna odpoczywać, a nie wysłuchiwać pani krzyków. Nie obchodzi panią jak ona się czuje? Myśli pani, że w tej sytuacji Mary Ann ma ochotę oglądać tego dupka?
- Co ty nie powiesz! Natychmiast przeproś Adama.
- Pani tak na poważnie? – w głosie Billa usłyszała kpinę.
- To twoja wina, że ona teraz tu leży, a Adam musiał mieć założonych kilka szwów!
- Właśnie! Joanna ma rację! – teraz wtrącił się do kłótni sam zainteresowany. – Sam rzuciłeś się na mnie z pięśćmi. Nie popuszczę ci, jeżeli zostaną mi blizny.
Przysłuchując się dalszej wymianie zdań pomiędzy jej mamą, Adamem i Billem, czuła jak w jej wnętrzu gotuje się ze złości. Próbowała się uspokoić, bo to nie wpływało dobrze ani na Dietera ani na nią, jednak nie potrafiła. Każde kolejne wypowiedziane przez mamę słowo, trafiało prosto w jej serce, raniąc ją. Nie mogła znieść zachowania Joanny Rose. Kiedy z jej oczu zaczęły wypływać łzy, mocząc sweter Billa, mąż zaczął ją głaskać uspokajająco po włosach. Nie miała zamiaru płakać przez bezpodstawne słowa mamy, jednak łzy same wypływały jej z oczu, zaś ciałem wstrząsały nieprzyjemne dreszcze. W myślach błagała ją, żeby przestała, jednak ta, nie przejmując się ani jej stanem ani słowami Billa, ciągnęła jak nakręcona:
- Po co ty w ogóle z nią jesteś?! Przez ciebie są same kłopoty! To przez ciebie nie mogę mieć nawet wnuka! Nie chcę za zięcia takiego dziwadła jak ty!
Mary Ann słysząc te słowa, wzięła kilka głębokich oddechów, po czym złapała Billa za rękę i podniosła się do pozycji siedzącej. Nie patrząc nawet na mamę, tatę, Briana oraz Adama, zsunęła się z łóżka i pociągnęła męża w stronę wyjścia z sali.
- Mary Ann, co ty robisz? – Bill spytał ją, kiedy wyminęli Joannę Rose. – Powinnaś zostać w łóżku.
Obróciła się gwałtownie w stronę męża i spojrzała w jego zmartwione, czekoladowe tęczówki. Cichym głosem, przepełnionym bólem, powiedziała prosząco:
- Nie wytrzymam tu ani sekundy dłużej... Zabierz mnie stąd zanim oszaleję...
- Mary Ann...
- Naprawdę zaraz oszaleję...
Bill sięgnął do stojącego nieopodal wieszaka, ściągnął z niego swoją kurtkę i zarzucił ją na ramiona żony.
- Co wy robicie? Gdzie idziecie?!
Mary Ann nie przejmując się krzykiem mamy, szła za Billem korytarzem w stronę windy. Łzy wypływały jej z oczu, jednak się nimi nie przejmowała. Było jej przykro, że mama nie potrafiła zrozumieć tego, że ona kocha Billa i nie zamierza się z nim rozstawać, a już tym bardziej wiązać z Adamem. Nie rozumiała także, dlaczego mama uważa Adama za anioła. Być może mężczyzna nigdy nie pokazał jej swojej dobrej strony, dlatego nie potrafiła dostrzec jego pozytywnych cech? Nie była jednak ich ciekawa.
Czując ból przeszywający jej ciało przystanęła na moment. Złapała się za bolący bok.
- Bardzo cię boli? – Bill spojrzał na nią z niepokojem. Otarł łzy z policzków Mary, a także kropelki potu, które pojawiły się na jej czole. – Może powinniśmy wrócić? Powinien cię zobaczyć lekarz.
- N... N... – chciała powiedzieć „nie”, jednak nie była w stanie. Niemal rozszywający ból płynący nie tylko od jej żebra, ale także z płuc, nie pozwalał jej nawet na zaczerpnięcie powietrza.
- Chodź, pójdziemy do lekarza. Albo nie. Zostań tutaj, a ja pójdę po...
Mary Ann wyciągnęła przed siebie rękę, chcąc mu powiedzieć, żeby z nią został.
- Mary...
- N... nic... – mówiła z trudem – n... ni... nie je... st... prz... przej... dzie...
- Ale Mary...
- D...dom...
- Dobrze, pojedziemy do domu, ale najpierw niech cię zobaczy lekarz. Chcesz uciec ze szpitala w takim stanie? Nie pomyślałaś o Dieterze?
Mary Ann nie mogąc ustać, straciła równowagę. Bill wyciągnął ręce, żeby ją złapać, jednak był zbyt wolny. Żona osunęła się na podłogę. Kucnął koło niej i spojrzał na nią z troską.
- Mary Ann... – powiedział cicho, jednak nie widząc żadnej reakcji z jej strony, zawołał głośniej: - Mary Ann! Mary! Obudź się! Mary!
Potrząsnął żoną, jednak kobieta leżała bez ruchu z przymkniętymi powiekami na zimnej podłodze. Położył głowę Mary na swoich kolanach i zaczął nerwowo rozglądać się dookoła. Nie dostrzegł jednak nikogo, kto mógłby im pomóc. Nie miał pojęcia co powinien zrobić. Zostać z żoną czy zostawić ją tutaj samą i iść po lekarza?
- Mary Ann! Proszę obudź się! Mary...
Gdy żona nadal nie wykazywała żadnej reakcji, zaczął wołać rozpaczliwie:
- Pomocy! Jest tam ktoś?! Pomocy! Niech ktoś tu przyjdzie!
Głaskał Mary Ann po jej włosach, modląc się, żeby nic się nie stało ani jej ani Dieterowi. W jego wnętrzu aż się gotowało ze złości. Miał ochotę pobiec do teściowej i udusić ją gołymi rękoma. Nienawidził tej kobiety z całego serca. Nie rozumiał jak może być tak okrutna dla własnej córki. Najgorsze było to, że najprawdopodobniej nie zdawała sobie z tego sprawy.
Spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na pielęgniarkę, która pojawiła się niewiadomo skąd. Kobieta kucnęła przy Mary Ann i zaczęła badać jej puls.
- Co się stało? – spytała, gdy skończyła mierzyć jej puls.
- Mary nie mogła złapać oddechu. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zemdlała. Co z nią? To coś poważnego?
- Musimy ją stąd zabrać. Niech pan poczeka. Zaraz wrócę.
Bill głaskał żonę po włosach powtarzając w kółko, że „wszystko będzie w porządku”, choć sam nie do końca wierzył w swoje słowa.
- Mama... Co się stało?! Tato! – dopiero, kiedy Ying Xiong potrząsnął ramieniem Billa, ten na niego spojrzał. Jego wzrok był rozbiegany.
- Skąd się tu wziąłeś?
- Właśnie przyjechałem do mamy... Dlaczego mama tutaj leży nieprzytomna?! Co się stało?!
- Zemdlała – Bill odpowiedział krótko, wpatrując się w bladą twarz kobiety.
- Lekarz! Gdzie jest lekarz?! Pójdę po pomoc!
Mężczyzna złapał Ying Xionga za rękę.
- Pielęgniarka poszła po lekarza. Zaraz powinna wrócić.
- Ale tato, jak to się stało? Dlaczego mama nie jest w swoim pokoju?!
- Co ty jej zrobiłeś?! – Bill uniósł głowę słysząc wściekły głos teściowej. Wszyscy członkowie rodziny Mary Ann wraz z Adamem szli w ich stronę.
- Chodź tutaj – powiedział do Ying Xionga. – Przytrzymaj Mary.
Chińczyk posłusznie usiadł obok Mary Ann i położył sobie jej głowę na kolanach, nerwowo przyglądając się rozwojowi sytuacji.
Bill podniósł się z miejsca i zmierzył rozwścieczonym spojrzeniem teściową. Oczy Joanny Rose również były przepełnione złością. Przez sekundę, stali naprzeciw siebie, mierząc się spojrzeniami, po czym kobieta spoliczkowała Billa.
- Jak mogłeś doprowadzić moją córkę do tego stanu!
- Ja? – Bill zaśmiał się szyderczo. Nie zamierzał dłużej udawać spokoju. – Ja to zrobiłem?!
- Wynoś się stąd! Nie chcę cię widzieć!
- Joan, uspokój się.
- Nie wtrącaj się! – kobieta zganiła męża, mierząc wściekłym spojrzeniem Billa.
- Niech ją pan natychmiast stąd zabierze – Bill warknął, patrząc na Roberta Rose. – Niech ją pan weźmie zanim zadzwonię po policję.
- Jak... jak śmiesz?!
Gdy ponownie wyciągnęła dłoń, żeby go spoliczkować, złapał ją i wykręcił jej rękę. Rozwścieczona kobieta zaczęła go kopać i uderzać wolną ręką. Bill próbował z całych sił jej nie uderzyć. W końcu udało mu się ją odepchnąć. Wyciągnął telefon i już miał dzwonić po policję, kiedy w korytarzu pojawili się lekarze oraz pielęgniarki z łóżkiem na kółkach.
Jeden z mężczyzn widząc co się dzieje, odezwał się:
- To nie jest bazar. Proszę się uspokoić.
- Jak pan...
- Jesteśmy w szpitalu, tutaj odpoczywają chorzy. Proszę nie zakłócać spokoju.
Bill pomógł położyć żonę na łóżku. Nie zwracając dłużej uwagi na Joannę Rose, złapał dłoń Mary Ann i szedł razem z lekarzami korytarzem.
- Co z nią? – spytał.
- Musimy ją zbadać – powiedział mężczyzna, który wcześniej badał Mary. – Dlaczego pani Kaulitz opuściła swój pokój? Nie powinna wychodzić z łóżka przez jakiś czas. A już na pewno nie powinna się przemęczać. To niebezpieczne zwłaszcza dla dziecka.
- Wiem – Bill powiedział cicho. – Powinienem ją lepiej pilnować.
- Panie Kaulitz jeżeli pan chce, żeby żona urodziła zdrowe dziecko, musi – lekarz podkreślił to słowo – pan na nią uważać. Pani Kaulitz jest wyczerpana fizycznie.
Gdy jedna z pielęgniarek otworzyła jakieś drzwi, mężczyzna zatrzymał go gestem dłoni.
- Proszę tutaj zaczekać.
- Nie zostawię jej samej.
- Proszę zaczekać – powtórzył, po czym zniknął za drzwiami.
Bill oparł się o ścianę, chwilę stał wpatrując się w sufit, po czym osunął się na podłogę. Podkulił kolana i ukrył twarz w dłoniach. Niespełna cztery dni u teściów okazały się prawdziwym koszmarem. Był pewien, że jeżeli piekło istnieje, wygląda w ten sposób. Powinien zaufać swojemu przeczuciu i za wszelką cenę powstrzymać Mary przed wizytą w domu rodzinnym.
* * *
Georg słysząc przytłumiony głos Leonie, zasłonił oczy przedramieniem i jęknął z niezadowoleniem. Kiedy poczuł jak coś ciężkiego ląduje na jego nogach, wymruczał coś co brzmiało jak „mhm”?
- Załóż to! – słysząc rozkazujący głos Leonie, na jego twarzy pojawił się brzydki grymas.
- Co? – spytał zaspanym głosem, nie rozumiejąc o co chodzi Leonie. Wciąż jeszcze się nie rozbudził.
- Ubierz się – powtórzyła, zaś w jej głosie pojawiła się irytacja.
- Ale... Dlaczego? – Spytał, patrząc niechętnie na ubrania, które spoczywały niedbale na jego nogach.
- Nie lubię jak paradujesz nago po domu.
- Wiesz, że nie mogę zasnąć w ubraniach – wyciągnął w jej stronę ręce. – Chodź do mnie. Przytul się.
- Rozmawialiśmy o tym – kobieta była nieugięta.
Georg zrzucił ubrania na podłogę i wstał z kanapy.
- Leonie...
- Nie każ mi powtarzać kolejny raz.
- Ale Leonie...
Widząc spojrzenie kobiety, wiedział, że nie powinien z nią dłużej dyskutować. Jednak zamiast spełnić jej prośbę, podszedł do niej. Położył dłonie na jej pośladkach, skrytych za elegancką spódnicą i pocałował ją namiętnie w usta. Leonie przerwała pocałunek i odsunęła go od siebie.
- Przestań.
- Dlaczego? – Spytał tonem małego dziecka. – Kiedy się kochaliśmy ostatnim razem? Dwa? Trzy miesiące temu? Nie pozwolisz mi się nawet przytulić!
- Daj spokój. Nie mam ochoty o tym dyskutować. Muszę skończyć raport.
- Wiecznie tylko praca i praca! – wykrzyknął. – Nie chcę, żebyś pracowała. Zrezygnuj z tej cholernej pracy. Mam wystarczająco dużo pieniędzy...
- Georg rozmawialiśmy o tym – powiedziała zmęczonym głosem.
- No i co z tego? Nadal nie rzuciłaś tej cholernej pracy!
- Nie zamierzam tego uczynić – podniosła z podłogi bokserki i spodnie Georga, po czym mu je podała. – Załóż to.
- Nie mam ochoty.
- A ja nie mam ochoty patrzeć na twoje nagie ciało.
- Jeżeli tak bardzo cię podnieca, to patrz na moją twarz – uśmiechnął się do niej szeroko.
Opadł na kanapę i rozłożył się na niej zachęcająco.
Leonie pokręciła głową z pobłażaniem, tak jakby miała do czynienia ze zbuntowanym nastolatkiem. Obróciła się na pięcie i skierowała do stołu, na którym miała rozłożone papiery i laptopa. Usiadła na krześle i zajęła się pracą.
Georg obserwował z niedowierzaniem skupioną na pracy Leonie. Zaklął pod nosem. Wstał z kanapy i podszedł do lodówki. Wyciągnął z niej zimne piwo i zaczął pić z butelki. Na reakcję Leonie nie musiał długo czekać.
- Robisz mi na złość, prawda? – powiedziała, nie podnosząc głowy znad sterty papierów.
- Wcale nie. Dlaczego tak uważasz?
- Nie mam ochoty z tobą dyskutować.
Nie obdarzając go nawet jednym spojrzeniem, zaczęła pakować dokumenty do torby.
- Jadę do pracy.
Georg postawił butelkę piwa na blacie kuchennym. Podszedł do Leonie, wyciągnął z jej dłoni teczkę i zaczął ją łapczywie całować.
- Przestań natychmiast – powiedziała, próbując się wyrwać z jego uścisku. On jednak ani trochę się tym nie przejmował.
Próbował rozpiąć jej bluzkę, jednak guziczków było zdecydowanie zbyt wiele. Rozdarł ją z niecierpliwości. Jak najszybciej chciał się znaleźć we wnętrzu Leonie i tylko to zaprzątało teraz jego umysł. Był zdrowym, młodym mężczyzną, który potrzebuje seksu. Ostatnie tygodnie były dla niego prawdziwą torturą.
- Georg! Zostaw mnie! Puść mnie! – wołała, uderzając go raz po raz.
Opór Leonie podniecał go jeszcze bardziej. Gdy pozbył się jej bluzki i stanika, zabrał się za ściąganie spódnicy. Siłował się z nią przez jakiś czas. W końcu podwinął ją, rozdarł rajstopy kobiety i zdarł z niej czarne stringi. Zaprowadził Leonie do stołu. Obrócił ją do siebie tyłem i pchnął na stół.
- Przestań natychmiast... – jej głos był cichszy, spokojniejszy niż jeszcze chwilę wcześniej.
Georg spojrzał na twarz kobiety. Przeraził się kiedy zobaczył na jej policzkach łzy. Poczuł się tak jakby ktoś wylał na niego wielkie wiadro lodowatej wody. Puścił ją. Stał nieruchomo wpatrując się w ładną twarz Leonie, na której był wymalowany smutek i rozczarowanie.
- Przepraszam – wyszeptał. Wiedział, że postąpił źle. Nie mógł jednak cofnąć czasu.
Leonie wyminęła go bez słowa. Słyszał krzątaninę, po czym usłyszał trzask drzwi.
* * *
- Bill...
Słysząc słaby głos żony, wypowiadający jego imię, ścisnął mocniej jej dłoń, którą trzymał od przeszło dwóch godzin.
- Mary Ann! – wykrzyknął z radością. – Jak się czujesz kochanie? Ying Xiong! Zawołaj lekarza.
- Bill...
- Ciii – położył palec na jej ustach. – Nic nie mów. Nie przemęczaj się.
Puścił jej dłoń. Nalał do szklanki wodę. Podniósł nieco głowę żony do góry i pomógł jej upić kilka łyków.
- Tak się cieszę, że się obudziłaś. Martwiłem się.
- Do z Dieterem?
- Wszystko w porządku – uśmiechnął się. – To silny chłopak.
- A mama? Gdzie jest?
Uśmiech znikł z ust Billa. Wzruszył obojętnie ramionami.
- Pewnie w domu. Nie wiem.
Mary Ann zacisnęła zęby, próbując zignorować ból i podniosła się do pozycji siedzącej.
- Wracajmy do domu – mówiła z trudem. – Proszę Bill, zabierz mnie do domu – po jej policzku popłynęła jedna łza. – Nie wytrzymam tutaj ani chwili dłużej.
- Mary – uśmiechnął się do niej ciepło. – Nie możemy wrócić teraz do domu. Musisz zostać kilka dni w szpitalu.
Z jej oczu zaczęło wypływać coraz więcej łez. Serce Billa bolało na ten widok, ale jedyne co mógł zrobić to otrzeć łzy żony.
- Nie. Nie chcę. Zabierz mnie stąd.
- Mary Ann... Kochanie. Nie płacz.
Bill, dostrzegając lekarza w towarzystwie pielęgniarki, uśmiechnął się do żony. Otarł jej łzy i pocałował ją w czoło.
- Porozmawiamy później. Najpierw powinien cię zbadać lekarz.
Mary skinęła głową potakująco.
Bill obserwował w milczeniu jak lekarz bada Mary Ann. Mężczyzna co jakiś czas coś mówił, zaś pielęgniarka skrzętnie zapisywała to w dokumentach. Po kwadransie, lekarz stwierdził, że Mary Ann jest w stanie stabilnym, ale powinna jak najwięcej odpoczywać. Bill podziękował mężczyźnie. Kiedy zostali sami usiadł na skraju łóżka, na którym leżała Mary i spojrzał na nią groźnie.
- Słyszałaś, co powiedział lekarz? Jak nie będziesz wypoczywała, przywiążę cię do łóżka.
Mary Ann uśmiechnęła się lekko.
- Dobrze, ale proszę wróćmy do domu. Nie lubię szpitali.
- To dla twojego i Dietera dobra. Dotąd dopóki nie odzyskasz sił, nie ruszymy się stąd.
- Ale Bill...
- Mary nie dyskutuj. Nie zmienię zdania.
- Bill... – powiedziała słodko, robiąc niewinne spojrzenie. Jej duże oczy, choć teraz zaczerwienione, przypominały mu toń pięknego, błękitnego oceanu – Billek... Billuś... Zabierz mnie stąd. Do domu. Proszę.
Bill pokręcił przecząco głową.
- Nie ma takiej opcji Mary. Zostaniemy tutaj tak, jak powiedział lekarz, przez kilka dni.
- W takim razie zmieńmy chociaż szpital. Nie chcę widzieć mamy ani Adama.
- Sama mówiłaś, że to najlepszy szpital w mieście. – Bill poklepał prawą dłonią klatkę piersiową i powiedział niemal uroczyście – obronię cię przed Joanną.
- Ja też! Ja też! - Słysząc wesoły głos Ying Xionga obrócili się w stronę drzwi wejściowych do sali. – Nie pozwolę skrzywdzić mamy! Będę stał na straży jak wojownik!
Mary Ann z Billem zaśmiali się słysząc słowa Chińczyka.
- Jesteście pewni, że poradzicie sobie z moja mamą? – obaj skinęli potakująco głowami. – W takim razie ok., zostanę tutaj, ale tylko tyle ile to będzie konieczne.
Jeszcze raz dziękuję i zapraszam na Rozdział 29 ^_^
ROZDZIAŁ 29
Mary Ann naciągnęła kołdrę na głowę. Przez chwilę wierciła się, szukając wygodnej pozycji. Gdy ją wreszcie znalazła, wymruczała coś niezrozumiałego. Włożyła dłoń pod sweter Billa i zaczęła na przemian głaskać i delikatnie drapać jego tors. Pozycja w jakiej się znajdowała tylko wzmagała jej cierpienie, jednak zamiast położyć się na plecach, przytuliła się mocniej do Billa. Przyjemne uczucie jakie temu towarzyszyło, działało na nią jak środek uspokajający i przeciwbólowy. Oparła wygodnie głowę o klatkę piersiową męża i rozkoszowała się jego zapachem. Próbowała jeszcze choć przez krótki moment pozostać w krainie marzeń sennych. Była zmęczona nie tylko ciągłym brakiem snu, ale także nieznośnym bólem. Dobiegający do jej uszu podniesiony głos, skutecznie jednak jej to uniemożliwiał.
- Co ty sobie wyobrażasz?! Jak ty w ogóle do mnie mówisz?! – rozpoznała wściekły głos mamy.
- Proszę się uspokoić i go stąd zabrać – Bill odpowiedział jej spokojnie, jednak Mary Ann dopiero teraz zauważyła szybkie bicie jego serca, świadczące o tym, że wcale nie jest taki spokojny jak sugerował to jego głos.
- Chyba żartujesz! Adam przyszedł tutaj z dobrego serca!
- Mary Ann w tej chwili śpi. Powinna odpoczywać, a nie wysłuchiwać pani krzyków. Nie obchodzi panią jak ona się czuje? Myśli pani, że w tej sytuacji Mary Ann ma ochotę oglądać tego dupka?
- Co ty nie powiesz! Natychmiast przeproś Adama.
- Pani tak na poważnie? – w głosie Billa usłyszała kpinę.
- To twoja wina, że ona teraz tu leży, a Adam musiał mieć założonych kilka szwów!
- Właśnie! Joanna ma rację! – teraz wtrącił się do kłótni sam zainteresowany. – Sam rzuciłeś się na mnie z pięśćmi. Nie popuszczę ci, jeżeli zostaną mi blizny.
Przysłuchując się dalszej wymianie zdań pomiędzy jej mamą, Adamem i Billem, czuła jak w jej wnętrzu gotuje się ze złości. Próbowała się uspokoić, bo to nie wpływało dobrze ani na Dietera ani na nią, jednak nie potrafiła. Każde kolejne wypowiedziane przez mamę słowo, trafiało prosto w jej serce, raniąc ją. Nie mogła znieść zachowania Joanny Rose. Kiedy z jej oczu zaczęły wypływać łzy, mocząc sweter Billa, mąż zaczął ją głaskać uspokajająco po włosach. Nie miała zamiaru płakać przez bezpodstawne słowa mamy, jednak łzy same wypływały jej z oczu, zaś ciałem wstrząsały nieprzyjemne dreszcze. W myślach błagała ją, żeby przestała, jednak ta, nie przejmując się ani jej stanem ani słowami Billa, ciągnęła jak nakręcona:
- Po co ty w ogóle z nią jesteś?! Przez ciebie są same kłopoty! To przez ciebie nie mogę mieć nawet wnuka! Nie chcę za zięcia takiego dziwadła jak ty!
Mary Ann słysząc te słowa, wzięła kilka głębokich oddechów, po czym złapała Billa za rękę i podniosła się do pozycji siedzącej. Nie patrząc nawet na mamę, tatę, Briana oraz Adama, zsunęła się z łóżka i pociągnęła męża w stronę wyjścia z sali.
- Mary Ann, co ty robisz? – Bill spytał ją, kiedy wyminęli Joannę Rose. – Powinnaś zostać w łóżku.
Obróciła się gwałtownie w stronę męża i spojrzała w jego zmartwione, czekoladowe tęczówki. Cichym głosem, przepełnionym bólem, powiedziała prosząco:
- Nie wytrzymam tu ani sekundy dłużej... Zabierz mnie stąd zanim oszaleję...
- Mary Ann...
- Naprawdę zaraz oszaleję...
Bill sięgnął do stojącego nieopodal wieszaka, ściągnął z niego swoją kurtkę i zarzucił ją na ramiona żony.
- Co wy robicie? Gdzie idziecie?!
Mary Ann nie przejmując się krzykiem mamy, szła za Billem korytarzem w stronę windy. Łzy wypływały jej z oczu, jednak się nimi nie przejmowała. Było jej przykro, że mama nie potrafiła zrozumieć tego, że ona kocha Billa i nie zamierza się z nim rozstawać, a już tym bardziej wiązać z Adamem. Nie rozumiała także, dlaczego mama uważa Adama za anioła. Być może mężczyzna nigdy nie pokazał jej swojej dobrej strony, dlatego nie potrafiła dostrzec jego pozytywnych cech? Nie była jednak ich ciekawa.
Czując ból przeszywający jej ciało przystanęła na moment. Złapała się za bolący bok.
- Bardzo cię boli? – Bill spojrzał na nią z niepokojem. Otarł łzy z policzków Mary, a także kropelki potu, które pojawiły się na jej czole. – Może powinniśmy wrócić? Powinien cię zobaczyć lekarz.
- N... N... – chciała powiedzieć „nie”, jednak nie była w stanie. Niemal rozszywający ból płynący nie tylko od jej żebra, ale także z płuc, nie pozwalał jej nawet na zaczerpnięcie powietrza.
- Chodź, pójdziemy do lekarza. Albo nie. Zostań tutaj, a ja pójdę po...
Mary Ann wyciągnęła przed siebie rękę, chcąc mu powiedzieć, żeby z nią został.
- Mary...
- N... nic... – mówiła z trudem – n... ni... nie je... st... prz... przej... dzie...
- Ale Mary...
- D...dom...
- Dobrze, pojedziemy do domu, ale najpierw niech cię zobaczy lekarz. Chcesz uciec ze szpitala w takim stanie? Nie pomyślałaś o Dieterze?
Mary Ann nie mogąc ustać, straciła równowagę. Bill wyciągnął ręce, żeby ją złapać, jednak był zbyt wolny. Żona osunęła się na podłogę. Kucnął koło niej i spojrzał na nią z troską.
- Mary Ann... – powiedział cicho, jednak nie widząc żadnej reakcji z jej strony, zawołał głośniej: - Mary Ann! Mary! Obudź się! Mary!
Potrząsnął żoną, jednak kobieta leżała bez ruchu z przymkniętymi powiekami na zimnej podłodze. Położył głowę Mary na swoich kolanach i zaczął nerwowo rozglądać się dookoła. Nie dostrzegł jednak nikogo, kto mógłby im pomóc. Nie miał pojęcia co powinien zrobić. Zostać z żoną czy zostawić ją tutaj samą i iść po lekarza?
- Mary Ann! Proszę obudź się! Mary...
Gdy żona nadal nie wykazywała żadnej reakcji, zaczął wołać rozpaczliwie:
- Pomocy! Jest tam ktoś?! Pomocy! Niech ktoś tu przyjdzie!
Głaskał Mary Ann po jej włosach, modląc się, żeby nic się nie stało ani jej ani Dieterowi. W jego wnętrzu aż się gotowało ze złości. Miał ochotę pobiec do teściowej i udusić ją gołymi rękoma. Nienawidził tej kobiety z całego serca. Nie rozumiał jak może być tak okrutna dla własnej córki. Najgorsze było to, że najprawdopodobniej nie zdawała sobie z tego sprawy.
Spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na pielęgniarkę, która pojawiła się niewiadomo skąd. Kobieta kucnęła przy Mary Ann i zaczęła badać jej puls.
- Co się stało? – spytała, gdy skończyła mierzyć jej puls.
- Mary nie mogła złapać oddechu. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zemdlała. Co z nią? To coś poważnego?
- Musimy ją stąd zabrać. Niech pan poczeka. Zaraz wrócę.
Bill głaskał żonę po włosach powtarzając w kółko, że „wszystko będzie w porządku”, choć sam nie do końca wierzył w swoje słowa.
- Mama... Co się stało?! Tato! – dopiero, kiedy Ying Xiong potrząsnął ramieniem Billa, ten na niego spojrzał. Jego wzrok był rozbiegany.
- Skąd się tu wziąłeś?
- Właśnie przyjechałem do mamy... Dlaczego mama tutaj leży nieprzytomna?! Co się stało?!
- Zemdlała – Bill odpowiedział krótko, wpatrując się w bladą twarz kobiety.
- Lekarz! Gdzie jest lekarz?! Pójdę po pomoc!
Mężczyzna złapał Ying Xionga za rękę.
- Pielęgniarka poszła po lekarza. Zaraz powinna wrócić.
- Ale tato, jak to się stało? Dlaczego mama nie jest w swoim pokoju?!
- Co ty jej zrobiłeś?! – Bill uniósł głowę słysząc wściekły głos teściowej. Wszyscy członkowie rodziny Mary Ann wraz z Adamem szli w ich stronę.
- Chodź tutaj – powiedział do Ying Xionga. – Przytrzymaj Mary.
Chińczyk posłusznie usiadł obok Mary Ann i położył sobie jej głowę na kolanach, nerwowo przyglądając się rozwojowi sytuacji.
Bill podniósł się z miejsca i zmierzył rozwścieczonym spojrzeniem teściową. Oczy Joanny Rose również były przepełnione złością. Przez sekundę, stali naprzeciw siebie, mierząc się spojrzeniami, po czym kobieta spoliczkowała Billa.
- Jak mogłeś doprowadzić moją córkę do tego stanu!
- Ja? – Bill zaśmiał się szyderczo. Nie zamierzał dłużej udawać spokoju. – Ja to zrobiłem?!
- Wynoś się stąd! Nie chcę cię widzieć!
- Joan, uspokój się.
- Nie wtrącaj się! – kobieta zganiła męża, mierząc wściekłym spojrzeniem Billa.
- Niech ją pan natychmiast stąd zabierze – Bill warknął, patrząc na Roberta Rose. – Niech ją pan weźmie zanim zadzwonię po policję.
- Jak... jak śmiesz?!
Gdy ponownie wyciągnęła dłoń, żeby go spoliczkować, złapał ją i wykręcił jej rękę. Rozwścieczona kobieta zaczęła go kopać i uderzać wolną ręką. Bill próbował z całych sił jej nie uderzyć. W końcu udało mu się ją odepchnąć. Wyciągnął telefon i już miał dzwonić po policję, kiedy w korytarzu pojawili się lekarze oraz pielęgniarki z łóżkiem na kółkach.
Jeden z mężczyzn widząc co się dzieje, odezwał się:
- To nie jest bazar. Proszę się uspokoić.
- Jak pan...
- Jesteśmy w szpitalu, tutaj odpoczywają chorzy. Proszę nie zakłócać spokoju.
Bill pomógł położyć żonę na łóżku. Nie zwracając dłużej uwagi na Joannę Rose, złapał dłoń Mary Ann i szedł razem z lekarzami korytarzem.
- Co z nią? – spytał.
- Musimy ją zbadać – powiedział mężczyzna, który wcześniej badał Mary. – Dlaczego pani Kaulitz opuściła swój pokój? Nie powinna wychodzić z łóżka przez jakiś czas. A już na pewno nie powinna się przemęczać. To niebezpieczne zwłaszcza dla dziecka.
- Wiem – Bill powiedział cicho. – Powinienem ją lepiej pilnować.
- Panie Kaulitz jeżeli pan chce, żeby żona urodziła zdrowe dziecko, musi – lekarz podkreślił to słowo – pan na nią uważać. Pani Kaulitz jest wyczerpana fizycznie.
Gdy jedna z pielęgniarek otworzyła jakieś drzwi, mężczyzna zatrzymał go gestem dłoni.
- Proszę tutaj zaczekać.
- Nie zostawię jej samej.
- Proszę zaczekać – powtórzył, po czym zniknął za drzwiami.
Bill oparł się o ścianę, chwilę stał wpatrując się w sufit, po czym osunął się na podłogę. Podkulił kolana i ukrył twarz w dłoniach. Niespełna cztery dni u teściów okazały się prawdziwym koszmarem. Był pewien, że jeżeli piekło istnieje, wygląda w ten sposób. Powinien zaufać swojemu przeczuciu i za wszelką cenę powstrzymać Mary przed wizytą w domu rodzinnym.
* * *
Georg słysząc przytłumiony głos Leonie, zasłonił oczy przedramieniem i jęknął z niezadowoleniem. Kiedy poczuł jak coś ciężkiego ląduje na jego nogach, wymruczał coś co brzmiało jak „mhm”?
- Załóż to! – słysząc rozkazujący głos Leonie, na jego twarzy pojawił się brzydki grymas.
- Co? – spytał zaspanym głosem, nie rozumiejąc o co chodzi Leonie. Wciąż jeszcze się nie rozbudził.
- Ubierz się – powtórzyła, zaś w jej głosie pojawiła się irytacja.
- Ale... Dlaczego? – Spytał, patrząc niechętnie na ubrania, które spoczywały niedbale na jego nogach.
- Nie lubię jak paradujesz nago po domu.
- Wiesz, że nie mogę zasnąć w ubraniach – wyciągnął w jej stronę ręce. – Chodź do mnie. Przytul się.
- Rozmawialiśmy o tym – kobieta była nieugięta.
Georg zrzucił ubrania na podłogę i wstał z kanapy.
- Leonie...
- Nie każ mi powtarzać kolejny raz.
- Ale Leonie...
Widząc spojrzenie kobiety, wiedział, że nie powinien z nią dłużej dyskutować. Jednak zamiast spełnić jej prośbę, podszedł do niej. Położył dłonie na jej pośladkach, skrytych za elegancką spódnicą i pocałował ją namiętnie w usta. Leonie przerwała pocałunek i odsunęła go od siebie.
- Przestań.
- Dlaczego? – Spytał tonem małego dziecka. – Kiedy się kochaliśmy ostatnim razem? Dwa? Trzy miesiące temu? Nie pozwolisz mi się nawet przytulić!
- Daj spokój. Nie mam ochoty o tym dyskutować. Muszę skończyć raport.
- Wiecznie tylko praca i praca! – wykrzyknął. – Nie chcę, żebyś pracowała. Zrezygnuj z tej cholernej pracy. Mam wystarczająco dużo pieniędzy...
- Georg rozmawialiśmy o tym – powiedziała zmęczonym głosem.
- No i co z tego? Nadal nie rzuciłaś tej cholernej pracy!
- Nie zamierzam tego uczynić – podniosła z podłogi bokserki i spodnie Georga, po czym mu je podała. – Załóż to.
- Nie mam ochoty.
- A ja nie mam ochoty patrzeć na twoje nagie ciało.
- Jeżeli tak bardzo cię podnieca, to patrz na moją twarz – uśmiechnął się do niej szeroko.
Opadł na kanapę i rozłożył się na niej zachęcająco.
Leonie pokręciła głową z pobłażaniem, tak jakby miała do czynienia ze zbuntowanym nastolatkiem. Obróciła się na pięcie i skierowała do stołu, na którym miała rozłożone papiery i laptopa. Usiadła na krześle i zajęła się pracą.
Georg obserwował z niedowierzaniem skupioną na pracy Leonie. Zaklął pod nosem. Wstał z kanapy i podszedł do lodówki. Wyciągnął z niej zimne piwo i zaczął pić z butelki. Na reakcję Leonie nie musiał długo czekać.
- Robisz mi na złość, prawda? – powiedziała, nie podnosząc głowy znad sterty papierów.
- Wcale nie. Dlaczego tak uważasz?
- Nie mam ochoty z tobą dyskutować.
Nie obdarzając go nawet jednym spojrzeniem, zaczęła pakować dokumenty do torby.
- Jadę do pracy.
Georg postawił butelkę piwa na blacie kuchennym. Podszedł do Leonie, wyciągnął z jej dłoni teczkę i zaczął ją łapczywie całować.
- Przestań natychmiast – powiedziała, próbując się wyrwać z jego uścisku. On jednak ani trochę się tym nie przejmował.
Próbował rozpiąć jej bluzkę, jednak guziczków było zdecydowanie zbyt wiele. Rozdarł ją z niecierpliwości. Jak najszybciej chciał się znaleźć we wnętrzu Leonie i tylko to zaprzątało teraz jego umysł. Był zdrowym, młodym mężczyzną, który potrzebuje seksu. Ostatnie tygodnie były dla niego prawdziwą torturą.
- Georg! Zostaw mnie! Puść mnie! – wołała, uderzając go raz po raz.
Opór Leonie podniecał go jeszcze bardziej. Gdy pozbył się jej bluzki i stanika, zabrał się za ściąganie spódnicy. Siłował się z nią przez jakiś czas. W końcu podwinął ją, rozdarł rajstopy kobiety i zdarł z niej czarne stringi. Zaprowadził Leonie do stołu. Obrócił ją do siebie tyłem i pchnął na stół.
- Przestań natychmiast... – jej głos był cichszy, spokojniejszy niż jeszcze chwilę wcześniej.
Georg spojrzał na twarz kobiety. Przeraził się kiedy zobaczył na jej policzkach łzy. Poczuł się tak jakby ktoś wylał na niego wielkie wiadro lodowatej wody. Puścił ją. Stał nieruchomo wpatrując się w ładną twarz Leonie, na której był wymalowany smutek i rozczarowanie.
- Przepraszam – wyszeptał. Wiedział, że postąpił źle. Nie mógł jednak cofnąć czasu.
Leonie wyminęła go bez słowa. Słyszał krzątaninę, po czym usłyszał trzask drzwi.
* * *
- Bill...
Słysząc słaby głos żony, wypowiadający jego imię, ścisnął mocniej jej dłoń, którą trzymał od przeszło dwóch godzin.
- Mary Ann! – wykrzyknął z radością. – Jak się czujesz kochanie? Ying Xiong! Zawołaj lekarza.
- Bill...
- Ciii – położył palec na jej ustach. – Nic nie mów. Nie przemęczaj się.
Puścił jej dłoń. Nalał do szklanki wodę. Podniósł nieco głowę żony do góry i pomógł jej upić kilka łyków.
- Tak się cieszę, że się obudziłaś. Martwiłem się.
- Do z Dieterem?
- Wszystko w porządku – uśmiechnął się. – To silny chłopak.
- A mama? Gdzie jest?
Uśmiech znikł z ust Billa. Wzruszył obojętnie ramionami.
- Pewnie w domu. Nie wiem.
Mary Ann zacisnęła zęby, próbując zignorować ból i podniosła się do pozycji siedzącej.
- Wracajmy do domu – mówiła z trudem. – Proszę Bill, zabierz mnie do domu – po jej policzku popłynęła jedna łza. – Nie wytrzymam tutaj ani chwili dłużej.
- Mary – uśmiechnął się do niej ciepło. – Nie możemy wrócić teraz do domu. Musisz zostać kilka dni w szpitalu.
Z jej oczu zaczęło wypływać coraz więcej łez. Serce Billa bolało na ten widok, ale jedyne co mógł zrobić to otrzeć łzy żony.
- Nie. Nie chcę. Zabierz mnie stąd.
- Mary Ann... Kochanie. Nie płacz.
Bill, dostrzegając lekarza w towarzystwie pielęgniarki, uśmiechnął się do żony. Otarł jej łzy i pocałował ją w czoło.
- Porozmawiamy później. Najpierw powinien cię zbadać lekarz.
Mary skinęła głową potakująco.
Bill obserwował w milczeniu jak lekarz bada Mary Ann. Mężczyzna co jakiś czas coś mówił, zaś pielęgniarka skrzętnie zapisywała to w dokumentach. Po kwadransie, lekarz stwierdził, że Mary Ann jest w stanie stabilnym, ale powinna jak najwięcej odpoczywać. Bill podziękował mężczyźnie. Kiedy zostali sami usiadł na skraju łóżka, na którym leżała Mary i spojrzał na nią groźnie.
- Słyszałaś, co powiedział lekarz? Jak nie będziesz wypoczywała, przywiążę cię do łóżka.
Mary Ann uśmiechnęła się lekko.
- Dobrze, ale proszę wróćmy do domu. Nie lubię szpitali.
- To dla twojego i Dietera dobra. Dotąd dopóki nie odzyskasz sił, nie ruszymy się stąd.
- Ale Bill...
- Mary nie dyskutuj. Nie zmienię zdania.
- Bill... – powiedziała słodko, robiąc niewinne spojrzenie. Jej duże oczy, choć teraz zaczerwienione, przypominały mu toń pięknego, błękitnego oceanu – Billek... Billuś... Zabierz mnie stąd. Do domu. Proszę.
Bill pokręcił przecząco głową.
- Nie ma takiej opcji Mary. Zostaniemy tutaj tak, jak powiedział lekarz, przez kilka dni.
- W takim razie zmieńmy chociaż szpital. Nie chcę widzieć mamy ani Adama.
- Sama mówiłaś, że to najlepszy szpital w mieście. – Bill poklepał prawą dłonią klatkę piersiową i powiedział niemal uroczyście – obronię cię przed Joanną.
- Ja też! Ja też! - Słysząc wesoły głos Ying Xionga obrócili się w stronę drzwi wejściowych do sali. – Nie pozwolę skrzywdzić mamy! Będę stał na straży jak wojownik!
Mary Ann z Billem zaśmiali się słysząc słowa Chińczyka.
- Jesteście pewni, że poradzicie sobie z moja mamą? – obaj skinęli potakująco głowami. – W takim razie ok., zostanę tutaj, ale tylko tyle ile to będzie konieczne.
sobota, 9 listopada 2013
Część II: Rozdział 28
Bill Kaulitz chodził nerwowo po szpitalnym korytarzu. Jego
śladem podążał Ying Xiong. Bill zacisną dłoń w pięść. Choć nie był wierzący
teraz modlił się żarliwie, aby Dieterowi i Mary Ann nie stała się krzywda.
Gdyby żona poroniła po raz drugi – tym razem przez jego głupotę, nie potrafiłby
sobie tego wybaczyć. Żałował, że dał się sprowokować Adamowi. Powinien puścić
słowa mężczyzny koło uszu. A przede wszystkim nie powinien był pić alkoholu. Szczególnie
w takiej ilości. Niestety nie mógł cofnąć czasu.
Włożył palec wskazujący do buzi i ze zdenerwowania zaczął
przygryzać paznokieć. Chciał pójść z Mary Ann na badania, ale lekarz kazał mu
czekać. Nawet prośby żony nie pomogły.
-
Możecie
przestać chodzić w kółko? Boli mnie głowa!
Bill spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na teściową. Nie potrafił ani usiedzieć
ani ustać w miejscu. Chodzenie po korytarzu powstrzymywało go przed otworzeniem
drzwi i wtargnięciem do pomieszczenia, w którym lekarze badali Mary Ann.
-
Uspokójcie
się – teraz odezwał się Robert Rose. – Mary jeszcze nie umiera. Co najwyżej
trochę pokiereszowaliście jej żebra.
Bill otworzył usta, aby coś powiedzieć teściowi, lecz Ying Xiong go
wyprzedził:
-
Dziadek nic
nie rozumie! – chłopak zawołał z oburzeniem. – Mama cierpi, a dziadek sobie
żartuje! Tak nie można! To nieludzkie!
Uśmiech momentalnie znikł z ust Roberta Rose.
-
Nic nie można
nawet powiedzieć. Zaraz się wszyscy na mnie denerwują – w jego głosie bez trudu
można było wyczuć pretensje. - Mówicie, że to moja wina, a to – mężczyzna
wskazał palcem na Billa – on zaczął. Jeżeli wam przeszkadza, że się odzywam,
już nie będę. Zawsze wszyscy mają do mnie pretensje.
-
Czy Ying
Xiong powiedział coś o tym, żeby się pan nie odzywał? – Bill stanął w obronie
chłopaka. – Nie powinien sobie pan żartować z nieszczęścia Mary. Ona może... –
chciał dodać, że może stracić Dietera, ale w porę ugryzł się w język. Nie
chciał ani wymawiać swoich najczarniejszych obaw na głos, ani też powiedzieć
teściom o ciąży Mary bez jej zgody.
-
Już się nic
nie odezwę. Wy wiecie wszystko najlepiej – w głosie Roberta można było wyczuć
jeszcze większą pretensję.
-
To nie tak,
że wszystko wiemy najlepiej... – Ying Xiong próbował załagodzić sytuację. – Ale
mama musi teraz bardzo cierpieć...
-
Oj poboli ją
poboli i przejdzie. Mnie czasami jak coś boli nie robię takiej tragedii –
poruszył delikatnie ramieniem. – Też mnie tutaj boli. Nie mogę obrócić dobrze
ręki. Głowy też nie mogę przekręcić...
-
Oj zamknij
się już – teraz odezwała się Joanna Rose. – Nikt nie kazał ci przekopywać
całego ogrodu. Jeżeli cię boli idź do lekarza.
-
A tam! Po co
mam iść do lekarza? W czym mi pomoże? To już starość. Na to nie ma lekarstwa.
Jak nie ma komu dbać o ogród, to sam musiałem to zrobić. Jak ja nic nie zrobię
w tym domu, to nikt nie kiwnie palcem...
Bill słysząc wyrzuty Roberta, położył dłoń na ramieniu Ying Xionga i pociągnął
go w stronę schodów. Nie miał zamiaru wysłuchiwać żalów teścia, które były bezpodstawne.
-
Dlaczego
dziadek nie martwi się o mamę? – chłopak spytał, kiedy znaleźli się przy
automacie z napojami. – Mama prawie nie mogła oddychać. Dobrze, że się nie udusiła.
Bill uśmiechnął się do niego lekko. Podał mu puszkę z colą.
-
Na pewno się
martwi o Mary, w końcu to jego córka. Pewnie uznał, że nie stało się jej nic na
tyle poważnego, żeby była na badaniach już od – spojrzał na zegarek – prawie trzech
godzin.
-
A co jeżeli
mama będzie musiała mieć operację?
Kaulitz uśmiechnął się lekko do Ying Xionga i roztrzepał jego kasztanowe
włosy. On również obawiał się najgorszego.
Słysząc dźwięk oznaczający, że przyszła do niego wiadomość, wyciągnął z
kieszeni telefon komórkowy i spojrzał na wyświetlacz: „Z Dieterem wszystko w porządku *\(^o^)/*. Ze mną też, ale lekarz kazał
mi zostać dzisiaj w szpitalu TT.TT Za niedługo przewiozą mnie stąd do jakiejś
sali TT.TT”
Na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. Położył dłoń
na klatce piersiowej i odetchnął z ulgą. Tak bardzo się bał, że Dieterowi mogło
się stać coś złego! Pospiesznie wystukał: „Naprawdę
z wami wszystko w porządku?”
-
Tato, co się
stało? Mama coś napisała?
-
Tak. Wszystko
z nią w porządku – uśmiechnął się do chłopaka ciepło. – Chodź zobaczymy się z
mamą.
Ying Xiong posłusznie poszedł z nim w stronę schodów, a następnie do drzwi,
za którymi znajdowały się pomieszczenia, w których były przeprowadzane badania.
Nacisnął domofon i chwilę czekał aż odezwie się jakiś głos. Wyjaśnił, że chce
się zobaczyć z Mary Ann Kaulitz. Gdy usłyszał dźwięk oznaczający, że może
otworzyć drzwi, pchnął je i udał się w stronę pielęgniarki, która wyszła po
niego na korytarz. Bez słowa wszedł do gabinetu. Mary Ann siedziała na łóżku.
Gdy zobaczyła Billa, podniosła się z miejsca i podbiegła do niego. Skrzywiła
się czując ból w płucach i żebrach. Jednak nawet to nie powstrzymało ją przed
mocnym przytuleniem się do męża.
-
Tak się
cieszę, że Dieterowi nic się nie stało – powiedziała cicho, żeby jej słów nie
usłyszeli ani rodzice, ani Ying Xiong, którzy byli obecni w pomieszczeniu. –
Bałam się, że mogę go stracić, ale lekarz powiedział, że wszystko w porządku z
naszym synem. To silny chłopiec.
Bill pocałował ją czule w czubek głowy, po czym złapał za podbródek, aby móc spojrzeć w jej błękitne
oczy.
-
A ty? Jak się
czujesz? – spytał z troską.
Mary Ann wyswobodziła się z uścisku męża i spojrzała na rodziców oraz Ying
Xionga, którzy wpatrywali się w nią z napięciem:
-
Nic mi nie
jest – uśmiechnęła się, ignorując ból w klatce piersiowej. Uniosła koszulkę w
górę, pokazując im bandaże. – Mam tylko złamane żebro, ale powinno się zagoić w
ciągu ośmiu tygodni.
-
Muszą państwo
pilnować panią Kaulitz, żeby się nie przemęczała – lekarz uśmiechnął się do
nich. – Proszę o nią dbać, żeby dobrze jadła, spała przynajmniej osiem godzin
dziennie, nie uprawiała intensywnych ćwiczeń, które mogą pogłębić uraz żebra,
ale jednocześnie pacjent nie może siedzieć zbyt długo w jednej pozycji...
-
Panie
doktorze, nie przesadzajmy...
-
To nie jest
przesadzanie – powiedział życzliwie. – Powinna pani dbać teraz o swoje ciało.
To naprawdę ważne.
-
Będę jej
pilnował – Bill zapewnił lekarza. – Nie spuszczę jej z oczu.
-
Oj Bill, nic
mi nie będzie – uśmiechnęła się do męża lekko, po czym zwróciła się do lekarza:
- Może pan przemyśli jeszcze mój pobyt tutaj? Rano mam...
-
Oczywiście
nie będę trzymał pani na siłę w szpitalu – wpadł jej w słowo - ale byłoby
lepiej gdyby pani została. Sala numer 358 jest już przygotowana. Pani Bożenka
tam państwa zaprowadzi – skinął głową w stronę pielęgniarki, która stała przy
drzwiach od gabinetu i im się uważnie przyglądała.
-
Siadaj –
ojciec Mary Ann wskazał na wózek inwalidzki. – Jeżeli pan mówi, że będzie
lepiej jak zostaniesz chociaż jeden dzień w szpitalu, powinnaś zostać.
-
Tato! Ja
naprawdę muszę wracać do Berlina!
-
Siadaj i nie
marudź. Powinnaś posłuchać pana doktora – Joanna Rose powiedziała tonem nie
znoszącym sprzeciwu. – Później poproszę Adama, żeby zobaczył co z tobą.
-
Bill – Mary
Ann spojrzała na męża, zupełnie ignorując słowa mamy. – Nawet jeśli mam zostać
w szpitalu, chcę jechać do Niemiec. Nie chcę tutaj zostać dłużej. Zadzwonię do
Marlen, żeby zorganizowała jakiś transport albo weźmiemy taksówkę...
Kaulitz podsunął jej wózek inwalidzki, na którym posłusznie usiadła.
-
Musisz robić
cyrki?
-
Mamo, możesz
przestać? Nie mam siły się z tobą kłócić.
-
Ty to jesteś
przemądrzała i niemiła...
-
Niech pani
przestanie – Bill spojrzał wrogo na teściową. – Nie martwi się pani o córkę?
Mary Ann z ledwością mówi, a pani dodatkowo ją denerwuje. Nie życzę sobie, żeby
Adam odwiedzał moją żonę. To przez niego jest w takim stanie.
-
Nie zwalaj
winy na niewinnego człowieka. To ty zacząłeś.
-
Bill...
Szkoda z nią dyskutować. Chodź stąd. Nie będziemy przeszkadzać panu – Mary Ann
spojrzała na lekarza, który uważnie przysłuchiwał się ich rozmowie. – Dziękuję
za wszystko. Do widzenia.
Bill pożegnał się z lekarzem. Popchnął wózek w stronę wyjścia, a następnie
udał się korytarzem za pielęgniarką, która prowadziła ich do odpowiedniego
pokoju. Kiedy znaleźli się w pomieszczeniu podjechał wózkiem do świeżo
pościelonego łóżka. Pomógł Mary Ann wygodnie się na nim położyć.
-
Lepiej się
czujesz? – Robert Rose spytał córkę, gdy pielęgniarka sprawdziwszy, że wszystko
jest w porządku opuściła salę.
-
Tak samo –
powiedziała zgodnie z prawdą. – Boli mnie żebro za każdym razem kiedy się
ruszam albo mówię.
-
Dostałaś
jakieś tabletki przeciwbólowe? Może powinnaś dostać mocniejsze?
-
Tak, tato.
Dostałam zastrzyk przeciwbólowy – skłamała. Nie miała zamiaru brać żadnych
tabletek, a już tym bardziej zastrzyków. Bała się, że jakaś substancja
chemiczna w składzie leku może zaszkodzić Dieterowi. Ból, który czuła był
nieznośnie silny, lecz myśl o dziecku i jego dobru sprawiała, że stawał się do
wytrzymania.
-
Gdyby nie ten
twój mężulek nie musielibyśmy tutaj być. Powinien przeprosić Adama.
Mary Ann przymknęła powieki i policzyła w myślach do dziesięciu. Czuła jak
po jej ciele przechodzą dreszcze wywołane kumulującą się w jej wnętrzu złością.
Nie wiedziała co ma powiedzieć mamie, jak jej tłumaczyć, żeby w końcu
zrozumiała i dała za wygraną. Powoli traciła nadzieję, że to kiedykolwiek
nastąpi.
Gdy otworzyła oczy, zobaczyła jak Ying Xiong łapie kobietę
za rękę i ciągnie do wyjścia.
-
Co ty robisz?!
– Spytała, patrząc gniewnie na Chińczyka.
-
Musi babcia
stąd wyjść. Nie może babcia teraz denerwować mamy – widząc, że wypowiadany
przez niego wyraz „babcia” denerwuje Joannę Rose, kontynuował: - Czy babcia
naprawdę nie widzi w jakim stanie jest mama? Babcia robi to specjalnie? Czy
byłoby babci miło gdybym się tak zachowywał jak babcia by cierpiała? Tak
naprawdę nie można postępować.
-
Co ty...
-
Naprawdę
powinna babcia wrócić dzisiaj do domu. Powinna się babcia wyspać i odpocząć.
Jest babcia już zmęczona.
-
Ty też już
powinieneś jechać, tato – Mary Ann powiedziała, kiedy Chińczyk wyprowadził jej
mamę z pomieszczenia. – Jest już bardzo późno. Nie ma sensu, żebyście tutaj ze
mną byli.
Robert Rose podszedł do córki i pocałował ją w czubek głowy.
-
Trzymaj się
żabciu. Zadzwoń do nas gdyby coś się działo.
-
Dobrze. Dobranoc
tato.
-
Dobranoc.
Mary Ann pomachała dłonią na pożegnanie ojcu. Gdy została w pomieszczeniu z
Billem opadła na poduszkę. Zrobiła to jednak zbyt gwałtownie. Ból przeszył jej
całe ciało.
-
Zawołać
lekarza? – mąż spytał z troską.
-
Nie, nie
trzeba – uśmiechnęła się lekko. – Dobrze, że nie zostali dłużej. Gdyby mama
powiedziała jeszcze jedno słowo o Adamie, po prostu bym stąd wyszła. Bill –
spojrzała w jego piękne, czekoladowe tęczówki – Musimy wrócić natychmiast do
Berlina. Nie wytrzymam dłużej z moją mamą.
-
Lekarz
powiedział, że powinnaś zostać tutaj do jutra. Zresztą nie wsiądę do samochodu
pijany. Muszę wytrzeźwieć.
-
Zadzwonię do
Marlen, żeby coś zorganizowała. Ja naprawdę nie chcę zostać tu ani chwili
dłużej.
-
Mary... nie
bądź uparta. To dla twojego i Dietera dobra. Powinnaś posłuchać lekarza.
Bill pogłaskał żonę czule po jej jasnych włosach, które opadały luźno na
ramiona. Chciał ją do siebie przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze,
jednak bał się, że sprawi tym ból Mary Ann.
-
Dobrze.
Zostanę tutaj, ale tylko do czasu aż wytrzeźwiejesz. Nie mam ochoty spotykać
się z Adamem, a jestem pewna, że mama go przyprowadzi z samego rana.
-
Wiem, Mary.
Nie chcę go z tobą widzieć, jeszcze bardziej niż ty nie chcesz widzieć jego. Mimo
wszystko powinien cię przeprosić. Wyobraź sobie, że uciekł ze szpitala zaraz po
tym jak go opatrzyli! Dupek. Zabiłbym drania, gdyby stało ci się coś
poważniejszego.
Mary Ann widząc w jego oczach wściekłość, pogłaskała go po dłoni.
-
Było, minęło.
-
Tak nie
można. Powinniśmy podać go do sądu. Jakby nie było leżysz tutaj teraz ze
złamanym żebrem...
-
I co powiemy
w sądzie? Bill, to ty zacząłeś bójkę. Chciałam was rozdzielić i Adam
przypadkiem mnie uderzył...
-
Przypadkiem
czy nie, powinien ponieść za to karę. A ty nie powinnaś go usprawiedliwiać.
-
Nie usprawiedliwiam
go. Nie chcę robić niepotrzebnego zamieszania. Dobrze wiesz, że to nie
skończyłoby się tylko w sądzie.
-
Tym lepiej.
Niech cały świat się dowie jakim jest dupkiem.
Słysząc dźwięk otwieranych drzwi spojrzeli w ich stronę. Do pomieszczenia
wszedł Ying Xiong. Chłopak podszedł do łóżka Mary Ann i usiadł na skraju. Na jego
twarzy była wymalowana troska.
-
Wszystko w
porządku mamo? Jak się czujesz? Bardzo boli? Babcia z dziadkiem pojechali do
domu. Jak babcia mogła powiedzieć mamie takie przykre słowa? Wiedziałem, że
babcia nie lubi taty, ale nie sądziłem, że aż tak bardzo. To nie w porządku.
Blondynka uśmiechnęła się do Ying Xionga.
-
Moja mama już
taka jest. Bardzo na ciebie nakrzyczała?
-
Jakoś dałem
radę. Ale mamo, bardzo cię boli? Może powinienem podmuchać, żeby się szybciej
zagoiło?
Mary roześmiała się słysząc słowa Ying Xionga. Chłopak był o wiele
odważniejszy od Billa, jeżeli chodziło o jej mamę.
-
Troszeczkę.
Wy też powinniście wracać do domu.
-
Nigdzie się
stąd nie ruszę! – Bill zaoponował. – Nawet nie ma mowy!
-
Ja również!
Zostanę z mamą! To się stało przeze mnie. Powinienem być przy mamie. Gdybym
tylko nie położył się spać wcześniej... Przepraszam! To moja...
-
Przestań
bredzić – Mary Ann uderzyła Ying Xionga w ramię. – Bill daj mu klucze od domu,
a ja wezwę taksówkę.
-
Ale mamo...
Gniewasz się na mnie?
-
Nie.
-
Mary ma
rację. Powinieneś wrócić do domu. Nie martw się. Zostanę z nią.
Mary Ann, położyła dłoń na swoim lewym boku. Zagryzła mocno zęby. Nie
przypuszczała, że złamane żebro może boleć tak mocno. Jednak pomimo całego bólu
jaki czuła, cieszyła się, że Dieterowi nic się nie stało. Gdyby straciła
dziecko po raz drugi, nie potrafiłaby się z tym pogodzić.
Położyła dłoń na swoim brzuchu i szepnęła:
-
Musisz być
silny dla mamusi. Mamusia cię kocha, wiesz? Przepraszam, że cię wcześniej
wystraszyłam. Mamusia będzie ostrożna. Śpij sobie, a ja przejrzę kilka
dokumentów.
Podniosła z łóżka tablet i wpatrzyła się w wykresy. Jak tylko Bill zasnął
poprosiła Ying Xionga, żeby przywiózł jej do szpitala z domu rodziców wszystkie
potrzebne dokumenty, telefon oraz iPada. Musiała odwołać zebranie, które miało
się odbyć za kilkanaście minut. Z początku chciała przeprowadzić z pracownikami
wideokonferencję, ale bała się, że może obudzić Billa. Była pewna, że mąż nie pozwoliłby
jej na to. Dlatego powinna skończyć całą pracę nim się obudzi.
Zerknęła nerwowo na śpiącą sylwetkę męża. Modliła się w duchu, żeby
przespał jeszcze co najmniej kilka godzin.
Gdy jej telefon zaczął wibrować, sądząc, że to Marlen,
odebrała połączenie nawet nie zerkając na wyświetlacz.
-
Marlen... –
zaczęła, jednak przerwał jej męski głos w słuchawce.
-
Dzień dobry. Nazywam
się Frank Müller. Jestem adwokatem pana Chena. Rozmawiałem z panią wczoraj...
-
Proszę
przestać do mnie wydzwaniać – Mary Ann odezwała się cicho, żeby nie obudzić
Billa. – Jeżeli jeszcze raz pan do mnie zadzwoni złożę zawiadomienie na policji
o nękanie.
-
Pani
Kaulitz...
-
Panie Müller,
jeżeli pan i pan Chen macie jakieś problemy proszę kontaktować się z moim
prawnikiem. O ile dobrze pamiętam, kilka miesięcy temu pan Chen nie miał nic
przeciwko, żebym zaopiekowała się Ying Xiongiem. Obecnie chłopak ma osiemnaście
lat, więc nie widzę powodu, dla którego pan mnie niepokoi. Żegnam pana.
Nie czekając na odpowiedź prawnika, rozłączyła się. Ze złością rzuciła
telefon na pościel i wpatrzyła się w wykresy. Nie potrafiła się jednak skupić
na skomplikowanych liniach.
Nie miała ani czasu ani ochoty użerać się z panem Chenem i jego prawnikiem.
Nie rozumiała dlaczego mężczyzna ubzdurał sobie, że porwała Ying Xionga.
Chłopak był przy niej z własnej woli. Ona go do niczego nie zmuszała. Zresztą
czy ojciec, który sprzedał własnego syna, miał prawo się o niego upominać kiedy
tylko sobie o nim przypomni? Przed tym jak zabrała Ying Xionga do Japonii, rozmawiała
z panem Chenem. Mężczyzna z początku nie chciał przystać na jej propozycję,
każąc jej natychmiast przyprowadzić chłopaka do domu. Jednak po krótkiej
rozmowie przedstawił jej propozycję współpracy, twierdząc, że oboje są ludźmi
interesu. Mężczyzna oczekiwał od niej podpisania długoletniej współpracy, ona
zgodziła się jednak tylko na trzy miesiące. Być może pan Chen reagował w ten
sposób, ponieważ ich umowa dobiegała końca? Powinien jednak wiedzieć, że
szantażem niczego nie zdziała. Przed telefonem od pana Müllera nie zamierzała
rezygnować ze współpracy z firmą ojca Ying Xionga, teraz jednak cieszyła się,
że ich umowa dobiega końca. Jeżeli mężczyzna miał ją szantażować, a przedmiotem
szantażu miał być Ying Xiong, nie chciała brać w tym udziału.
Spojrzała na wykresy przedstawiające wyniki badań i zaczęła je analizować.
Nie zamierzała się przejmować pogróżkami pana Chena. Ying Xiong był dorosły,
więc mógł robić co tylko mu się podobało.
-
Mary Ann?! Co
ty robisz?! – Mary aż się wzdrygnęła słysząc głos Billa. Pospiesznie wyszła z
aplikacji, w której miała otwarte wyniki badań. Analizowała je już od przeszło
trzech godzin, a nie była nawet w połowie pracy.
-
Ja? –
spytała, patrząc niewinnie na Billa. – Przeglądam wiadomości.
-
Nie kłam.
-
Nie kłamię.
Spójrz – pokazała mu tablet, na ekranie którego widniał artykuł opisujący wpływ
ekstraktu z ikry łososia na stan cery.
-
To nazywasz
wiadomościami? Zresztą... Skąd masz tablet?
-
Ying Xiong mi
przywiózł.
-
Czy dla
ciebie parogodzinny odpoczynek to naprawdę tak dużo? Jeżeli ci się nudzi, nie
możesz poleżeć sobie w spokoju i poprzeglądać serwisy plotkarskie? Albo
obejrzeć jakiś relaksujący film?
-
Oj Bill, mnie
relaksuje czytanie o ekstrakcie z ikry łososia.
Wyciągnął z jej rąk tablet i odłożył go na łóżko, na którym wcześniej spał.
Widząc smutną minę Mary Ann, usiadł obok niej.
-
Wiem, że
praca jest dla ciebie ważna, ale proszę odpocznij trochę. Zobacz jakie masz
podkrążone oczy. Rozumiem, że nagle nie pójdziesz na długi urlop, ale chociaż
ogranicz pracę. Powinnaś o siebie dbać. Pomyśl o Dieterze.
-
Myślę o nim
Bill. Cały czas. Ale zanim zrobię sobie trochę więcej wolnego muszę doprowadzić
pewne sprawy do końca, albo komuś przekazać część obowiązków. To nie jest takie
proste. Dobrze wiesz, że ciąża była niespodziewana. I jeszcze to, że dzisiaj
muszę być w szpitalu...
-
Może
zrezygnowałabyś chociaż z pracy na uczelni? – podsunął.
-
Ale ja lubię
przebywać ze studentami. To trochę tak, jakbym dalej studiowała. Chociaż przez
te kilka godzin tygodniowo mogę przebywać z ludźmi prawie w moim wieku, zamiast
z ludźmi, którzy mogliby być moimi rodzicami albo dziadkami.
-
Brakuje ci
znajomych?
-
Nie –
pokręciła przecząco głową. – To nie o to chodzi. Czasami po zajęciach podchodzę
ze świeżym umysłem do pewnych spraw.
-
Rozumiem. W
takim razie może powinnaś przesunąć robienie doktoratu?
-
Też o tym
pomyślałam, ale muszę zakończyć drugą fazę badań. Jeżeli teraz przerwę, moja
dwuletnia praca pójdzie na marne.
Nie chciała wspominać Billowi o tym, że musiała przerwać wizyty w
laboratorium ze względu na ciążę. Pracowała z wieloma niebezpiecznymi
odczynnikami chemicznymi dla płodu, dlatego nie chciała prowadzić świadomie do
poronienia albo zaburzyć prawidłowy rozwój Dietera. Część doświadczalną zleciła
zespołowi, który jej dotychczas pomagał. Musiała jednak nimi kierować i
kontrolować wyniki, co również było czasochłonne.
-
Naprawdę nie
ma innego wyjścia? – spytał z nadzieją w głosie.
-
Odsunęłam w
czasie kilka projektów, jeżeli to cię ucieszy.
-
Poważnie?
-
Tak.
-
Świetnie!
Naprawdę nie powinnaś tyle pracować. Na pewno masz wielu zdolnych pracowników,
którzy mogą cię wyręczyć.
-
Chyba tak –
czując jak burczy jej w brzuchu, spojrzała prosząco na męża: - Przyniesiesz mi
coś do jedzenia? Zaraz umrę z głodu.
Bill wrócił kilkanaście minut później. W jednej ręce trzymał tacę z
jedzeniem, a w drugiej papierowy koszyczek z dwoma styropianowymi kubkami.
-
Jestem –
uśmiechnął się do Mary Ann.
Blondynka odwzajemniła uśmiech. Przesunęła się na skraj łóżka, żeby zrobić
miejsce Billowi. Poklepała niewygodny materac, dając mężowi do zrozumienia,
żeby położył się obok niej.
-
Proszę –
podał Mary Ann tacę z jedzeniem, siadając na posłaniu. – Nie mieli nic
lepszego.
Mary spojrzała na kilka kromek chleba z masłem, dwa talerzyki z jajecznicą
i dwoma parówkami.
-
Nie szkodzi.
Może być – uśmiechnęła się lekko.
Odłożyła jedzenie na szafeczkę nocną i sięgnęła po papierowy koszyczek z
napojami. Wyciągnęła kubeczek i ostrożnie upiła kilka łyków gorącej herbaty.
-
Połóż się –
powiedziała, odsuwając się na sam skraj łóżka, żeby zrobić mu miejsce na wąskim
posłaniu.
Bill posłusznie zdjął buty i położył się na niewygodnym materacu. Mary Ann
przykryła męża kołdrą i oparła głowę na jego klatce piersiowej. Przez jakiś
czas wdychała jego zapach.
-
Mmm... –
wymruczała, wtulając się jeszcze mocniej w jego pierś. – Jak przyjemnie...
Kocham cię, Bill.
Bill przyciągnął ją do siebie mocniej i zaczął głaskać jej miękkie włosy.
-
Bardzo cię
boli?
-
Tak –
odpowiedziała zgodnie z prawdą.
-
Pójdę po
lekarza...
-
Nie Bill.
Będę dzielna dla Dietera – spojrzała na męża. – Boję się, że silne leki
przeciwbólowe mogą źle wpłynąć na jego rozwój. Za parę dni powinno przejść.
-
Zabiję drania
jak go dopadnę! – Zawołał ze złością. Uderzył dłonią zaciśniętą w pięść w
materac. – Połamię mu wszystkie żebra!
Zmiażdżę je!
-
Zostaw go
Bill. Nie ma sensu dalej w to brnąć.
-
Dlaczego? Mogliśmy
stracić Dietera. Poza tym leżysz teraz tutaj i cierpisz. Ten drań powinien za
to zapłacić.
-
On tego nie
zrobił specjalnie.
-
Znowu go
usprawiedliwiasz.
Mary Ann odsunęła się od niego. Usiadła na łóżku i spojrzała uważnie na
męża. Jego czekoladowe tęczówki pałały złością.
-
Nie
usprawiedliwiam go – powiedziała twardo. – Też jestem na niego wściekła.
Rozumiem matkę, że zachowuje się jak wariatka, ale on powinien mieć trochę
oleju w głowie i.. i... – skrzywiła się czując silny ból w klatce piersiowej.
Nie powinna mówić tak szybko.
-
W porządku? –
Spytał z troską.
Mary Ann wyciągnęła dłoń w uspokajającym geście. Wzięła kilka wdechów i
kontynuowała:
-
Adam nie
powinien się tak zachowywać – jej głos był o wiele spokojniejszy. – Nie chcę go
więcej widzieć, dlatego nie rozdmuchujmy tego.
-
Jesteś pewna?
-
Tak Bill, jak
niczego innego. Mama musi mnie naprawdę nienawidzić skoro wybrała mi takiego
palanta na męża.
Bill roześmiał się.
-
Nie
rozmawiajmy o nim. Nie ma sensu psuć sobie humoru. Może obejrzymy jakiś film?
Chyba, że chcesz się położyć spać? Pewnie nawet nie zmrużyłaś oczu przez całą
noc.
Mary Ann podała Billowi iPada, oparła się plecami o tors męża i położyła
sobie tacę z jedzeniem na kolanach.
-
Nie zasnę
dopóki czegoś nie zjem – powiedziała, sięgając po widelec. – Zresztą za
niedługo przyjdzie lekarz, żeby upewnić się, że z Dieterem jest wszystko w
porządku.
Bill chwilę szukał jakiejś komedii. Gdy znalazł jedną, która wydawała mu
się przyzwoita, położył iPada, tak, żeby widzieli ekran i włączył film.
-
Nie pamiętam
kiedy ostatnim razem oglądaliśmy razem film – powiedział, odgryzając kawałek
chleba z masłem. – Musimy się wybrać do kina.
Mary Ann pokręciła przecząco głową.
-
Nie chcesz?
-
Nie.
-
Dlaczego?
-
Wolę
posiedzieć w domu przed telewizorem.
-
No co ty?
Naprawdę?
Mary Ann wzruszyła obojętnie ramionami.
-
Tak. W domu
jest przyjemniej – obróciła głowę, żeby pocałować Billa w szyję. – Mogę cię
przytulać i całować kiedy tylko chcę. No i nie ma tam nikogo, kto by nas
obserwował albo by nam przeszkadzał.
-
Przekonałaś
mnie – uśmiechnął się do niej wesoło. – W takim razie musimy oglądać częściej
filmy w domu i dużo się całować i przytulać.
-
Zboczeniec.
-
Ale to ty
powiedziałaś.
-
W takim razie
to ja jestem zboczeńcem – zaśmiała się.
Bill jadł z uśmiechem na ustach. Próbował skupić się na filmie, jednak jego
wzrok ciągle wędrował w stronę Mary Ann.
-
Zrobisz mi
dziurę w głowie – powiedziała w końcu.
-
Kocham cię,
Mary.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

